Globalny kryzys finansowy z 2007 r. doprowadził do potężnych zawirowań na rynku walutowym. Stosowane przez rządy i banki centralne środki zmierzające do opanowania sytuacji w gospodarce sprawiły i wciąż sprawiają, że wahania kursów walut są nadal bardzo dynamiczne. To zaś na dłuższą metę nie sprzyja nikomu i może stać się zarzewiem kolejnej odsłony kryzysu. Jego ogniska mogą najpierw pojawić się na rynkach peryferyjnych, czyli emerging markets, później zaś szybko się rozprzestrzenić.

Warto przypomnieć, że wielokrotnie w przeszłości kryzysy finansowe i recesje miały swe źródło w tym, co działo się na rynkach walutowych. Tak było w latach 80-tych ubiegłego stulecia w Ameryce Południowej, w połowie lat 90-tych w Meksyku, pod koniec lat 90-tych w Rosji i Azji. Sięgając do najnowszej historii trzeba wspomnieć niedawne posunięcia rządu Brazylii, mające na celu ograniczenie napływu spekulacyjnego kapitału zagranicznego. Kilka dni temu przed zawirowaniami, które mogą wyniknąć z działań banków centralnych i zbliżającej się wojny walutowej, przestrzegał szef meksykańskiego banku centralnego. Europejscy politycy w ostatnich dniach coraz bardziej intensywnie zaczynają żonglować argumentami w kwestii tego, czy euro jest przewartościowane, czy nie. Pomysł Francois Hollande’a ustalenia celu kursowego dla euro nie spotkał się z uznaniem partnerów w Niemczech. Znani inwestorzy i eksperci wciąż jednak zwracają uwagę na zagrożenia, mogące płynąć z dynamicznych zmian na rynkach walutowych.

A dynamika tych zmian od kilku lat może robić wrażenie i skutkować poważnymi konsekwencjami i dla rynków finansowych i dla gospodarek. Przybywa też nie tylko agresywnych wypowiedzi, ale i działań przedstawicieli rządów i banków centralnych. Patrząc tylko na ostatnie dwa lata, trzeba przywołać bezpośrednie interwencje Szwajcarskiego Banku Centralnego, mające na celu osłabienie franka i późniejszą decyzję o ustaleniu minimalnego kursu franka wobec euro, zdecydowaną zapowiedź szefa Europejskiego Banku Centralnego z lipca ubiegłego roku, w wyniku której zapoczątkowana została tendencja umacniania się wspólnej waluty, czy najbardziej agresywne ostatnie posunięcia japońskich polityków, zmierzające do osłabienia jena. Nieco w cieniu pozostaje powiązany z dolarem chiński juan (podobnie jak przed kilkunastu laty niebezpieczny związek meksykańskiego peso z dolarem). Z cienia powoli zaczyna się dostrzegać zagrożenie związane z być może odległym w czasie, ale przecież nieuchronnym zakończeniem ultra luźnej polityki pieniężnej w Stanach Zjednoczonych. Związane z tym umocnienie się amerykańskiej waluty może mieć bardzo poważne konsekwencje dla globalnego rynku finansowego i gospodarki.

Niezależnie od tych opinii i ocen, warto spojrzeć na fakty i powiązać je z rynkowymi konsekwencjami. W reakcji na potężne umocnienie się franka, trwające w od 2010 do połowy 2011 r., Szwajcarski Bank Centralny po desperackich próbach interwencji na rynku walutowym, zdecydował we wrześniu 2011 r. o ustaleniu minimalnego kursu na poziomie 1,21 franka za euro. To posunięcie skutecznie chroniło franka przez aprecjacją do początku 2013 r. W ostatnich tygodniach szwajcarska waluta gwałtownie osłabła, przekraczając poziom 1,25 za euro. To wzmogło spekulacje na temat zmiany relacji franka względem euro.

Nietrudno się domyśleć, dlaczego takie domniemania się pojawiły. Szwajcarskie produkty i usługi znajdują nabywców nie tylko w Europie, ale także w strefie dolarowej. A od lipca 2012 r. wspólna waluta umocniła się wobec amerykańskiej o 12,5 proc. Powiązanie z euro, wcześniej uznawane za rozwiązanie korzystne dla szwajcarskiej gospodarki, okazało się więc wcale nie tak bardzo komfortowe. Stąd dążenie do dalszej deprecjacji franka.

Z tego samego powodu, czyli nadmiernego umocnienia wspólnej waluty, coraz częściej słychać głosy nawołujące do zahamowania tej tendencji. Silne euro najmocniej uderza w i tak już niekonkurencyjne gospodarki krajów południa Europy, utrudniając im wychodzenie z kryzysu.

Najnowszym i najgłośniejszym przykładem agresywnych działań na rzecz osłabienia własnej waluty jest to, co dzieje się w Japonii. Już na kilkanaście tygodni przed niedawnymi wyborami widać było naciski na bank centralny. Apogeum tych działań to złożenie dymisji przez prezesa Bank of Japan. Powszechne jest oczekiwanie, że nowy szef banku centralnego zrobi wszystko, by jena jeszcze bardziej osłabić, wzmacniając tym samym konkurencyjność wybitnie proeksportowej japońskiej gospodarki. Trzeba jednocześnie zauważyć, że od września ubiegłego roku jen osłabił się wobec dolara o ponad 20 proc.

Dobrą ilustracją tego, jak ruchy na rynkach walutowych wpływają na inne segmenty rynku finansowego jest między innymi giełda w Tokio, gdzie indeks Nikkei wzrósł od października ubiegłego roku o jedną trzecią. Idąc dalej tym tropem można zauważyć, że słabość dolara wyraźnie koreluje z rekordowo wysokimi notowaniami amerykańskich indeksów giełdowych.

Moc złotego i euro nie przeszkodziła co prawda indeksom w Warszawie i Frankfurcie we wzrostach w drugiej połowie ubiegłego roku, ale oba mają już znacznie mniejszą siłę niż ich japońskie czy amerykańskie odpowiedniki.

Główny problem, jaki wiąże się z perspektywami na najbliższych kilkanaście miesięcy, to coraz bardziej realna perspektywa stopniowego przechodzenia amerykańskiej rezerwy federalnej do zmiany swej polityki pieniężnej z ultra luźnej na znacznie mniej luźną. Będące konsekwencją tego umocnienie się dolara może mieć bardzo poważne skutki i dla rynków finansowych i procesów zachodzących w realnej gospodarce wielu krajów. Umacniający się dolar z jednej strony spowoduje spadek cen surowców, z drugiej pogorszenie się koniunktury na giełdach, a z trzeciej większe kłopoty państw, które do tej pory korzystały napływu kapitału. Powrót globalnego kapitału do dolara będzie oznaczał jego ewakuację z rynków peryferyjnych. To zjawisko może być odczuwalne także dla Polski, która szczyci się obecnie dużym powodzeniem ze strony inwestorów zagranicznych.

Roman Przasnyski