Wpływu polityki pieniężnej na rynki finansowe przecenić się nie da. Jeśli ktoś do czasu niedawnego globalnego kryzysu uważał, że to tylko takie gadanie, teraz wątpliwości już nie ma. Nie powinno też być wątpliwości, że kryzys wciąż trwa. Gdyby było inaczej, nie byłyby potrzebne kolejne radykalne działania głównych banków centralnych świata. Oprócz amerykańskiej rezerwy federalnej, na którą rynki zawsze mogły liczyć, doszło także do przełomu w działaniach Europejskiego Banku Centralnego. Zgodne postępowanie tego potężnego tandemu, w połączeniu z elastycznością i stałą aktywnością Banku Anglii, Banku Japonii, czy Ludowego Banku Chin, daje gwarancje, że światowa gospodarka nie zginie i kłopoty zostaną przezwyciężone. Przynajmniej na razie. Aplikowanie trzeciej już w ciągu zaledwie czterech lat dawki tego samego lekarstwa świadczy jednak, że albo choroba jest ciężka, albo medykament słaby. Teraz z niepokojem wypada wypatrywać oznak poprawy.

Nie ma też gwarancji, że kolejna runda drukowania pieniędzy przez Fed przyniesie na rynkach finansowych podobne efekty, jak dwie poprzednie. Sytuacja na giełdach jest bowiem wyraźnie odmienna, niż w trakcie ich stosowania. Gdy Fed rozpoczął 25 listopada 2008 r. pierwszą rundę skupowania obligacji, S&P500 miał za sobą spadek o 53 proc. Do marca 2009 r. jeszcze bardziej go pogłębił, zanim zaczęło się dynamiczne odreagowanie i trwała poprawa nastrojów. QE numer jeden nie zadziałało więc natychmiast, choć z czasem okazało się niezwykle skuteczne.

Zastanawiająca jest zbieżność rynkowych reakcji na dodruk pieniądza oraz na nadzieje na tego typu działania. Dotyczą one zarówno czasu trwania poprawy, jak i skali wzrostu giełdowych indeksów. Od 25 listopada 2008 r. do szczytu z końca kwietnia 2010 r. S&P500 zyskał prawie 340 punktów, czyli 38 proc. Choć QE oznaczone numerem dwa zaczęło się 3 listopada 2010 r., to na giełdach zwyżka trwała już od początku lipca. S&P500 nie czekał nawet na sympozjum w Jackson Hole i szedł w górę, dyskontując kolejne działania Fed. Do kwietnia 2011 r. zyskał 341 punktów, czyli 33 proc. Obecna fala wzrostowa na Wall Street trwa od początku czerwca 2012 r. W jej efekcie S&P500 wzrósł o niecałe 190 punktów, czyli o 14,5 proc.

Trzymając się analogii z poprzednimi fazami luzowania polityki pieniężnej, należałoby oczekiwać kilkumiesięcznej kontynuacji hossy i powiększenia skali zwyżki S&P500 o około 150 punktów, a więc o nieco ponad 10 proc., bądź nawet więcej, zakładając, że zasięg całej zwyżkowej fali sięgnie około 30 proc. Obecnie trudno jest jednak ocenić szanse realizacji takiego scenariusza. Po pierwsze dlatego, że rynki mają za sobą długi okres wzrostów i można podejrzewać, że w znacznej mierze decyzja Fed już została zdyskontowana. Po drugie, wiara w skuteczność oddziaływania dodruku pieniądza na sytuację w gospodarce została nieco nadszarpnięta. Od jej odbudowania, czyli od poprawy wskaźników makroekonomicznych, zależeć może trwała tendencja wzrostowa na giełdach. Inwestorzy z amerykańską rezerwą federalną kłócić się pewnie nie będą, ale niewykluczone, że po krótkiej euforii będą czekać na efekty jej działań i odpowiednio do nich dostosowywać swoje decyzje.

Roman Przasnyski