Rajd, który w czwartek dodał wskaźnikowi naszych największych spółek 2,2 proc. i wyniósł w pobliże szczytu z połowy marca, cieszy ale i rodzi wątpliwości. Po pierwsze trudno dociec jego przyczyn, poza technicznymi. To budzi podejrzenie, że mogliśmy mieć do czynienia z incydentalną akcją zagranicznego popytu, jakich w przeszłości widzieliśmy sporo.

Zwyżce towarzyszył wzrost obrotów, ale nie były one imponujące. W każdym razie nie tak imponujące, jak na sesji z 15 czerwca, gdy ich wolumen był prawie czterokrotnie wyższy. Obawy o trwałość zrywu budzi także to, że dokonał się wbrew nastrojom na pozostałych parkietach. Zdarzały się kilkutygodniowe okresy względnej siły naszego rynku w porównaniu z głównymi giełdami, ale większość inwestorów liczy na coś więcej niż kilka tygodni mocy. Po trzecie, dynamiczny ruch często bywa korygowany.

Trudno przewidzieć, jak będzie tym razem: czy zobaczymy cofnięcie się indeksu, czy kontynuację ruchu w górę. Ze względu na podobieństwa obecnej fali wzrostowej do tej z czerwca, można liczyć na kontynuację dobrej passy. Ale podobieństwa nie zawsze się sprawdzają. Wiele zależeć będzie od otoczenia. 

To europejskie nie wyglądało na zbyt mocne, ale trzeba zauważyć, że pod koniec dnia nastroje zaczęły się poprawiać. CAC40 zyskał 0,5 proc., a DAX wyszedł niemal na zero. Nasz wyskok był więc ewenementem pod względem skali, a nie kierunku zmian. Symbolicznymi zmianami zakończyła się sesja na Wall Street. Zwyżka za oceanem wyraźnie przyhamowała. S&P500 od trzech dni trzyma się minimalnie powyżej 1400 punktów, ale żadna ze stron nie może wyraźniej zaznaczyć swojej przewagi.

Dziś z utrzymaniem się powyżej niego może być kłopot. Podobnie jak z kontynuacją dobrej passy w Europie. Powodem są informacje z Chin. O ile opublikowane w czwartek dane o produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej (które we wczorajszym komentarzu niezbyt fortunnie określiłem jako dobre, kierując się porównaniem do sytuacji w Europie, czy w Niemczech, gdzie mamy do czynienia ze spadkiem analogicznych parametrów, a nie niższą dynamiką ich wzrostu) nie spowodowały na rynkach negatywnej reakcji, to dzisiejsze mogą już na nie wpłynąć bardziej zdecydowanie.

Okazało się bowiem, że w lipcu eksport Chin był o zaledwie 1 proc. wyższy niż przed rokiem, podczas gdy spodziewano się wzrostu o 8,6 proc. Dynamika importu, zamiast oczekiwanej zwyżki o 7,2 proc. wyniosła 4,7 proc. Te dane, w połączeniu z równie fatalnymi, dotyczącymi niemieckiego handlu zagranicznego, dają obraz globalnego spowolnienia.

Na rynkach azjatyckich reakcja była umiarkowana. Na godzinę przed końcem handlu Nikkei zniżkował o 0,1 proc., a indeksy w Szanghaju rosły po 0,5 proc. Kontrakty na amerykańskie i europejskie indeksy traciły od 0,1 do 0,4 proc.

Roman Przasnyski