Zdaniem sławnego inwestora, później niemiecka gospodarka zacznie wpadać w coraz większe problemy i trudno będzie o akceptację tamtejszego społeczeństwa dla takich działań. Tymczasem jest rzeczą oczywistą, iż bez zgody Berlina żadnych zmian nie będzie. Paradoksalnie, to Niemcy mogą ponieść historyczną odpowiedzialność za upadek wspólnej waluty, mimo, że przyczyny kryzysu zupełnie nie leżą po ich stronie.

Tradycyjnie rynki przyzwyczaiły się już do różnych pesymistycznych wypowiedzi, a nieraz starają się je „filtrować” – część wypowiadających się sama jest przecież aktywnymi inwestorami, co w pewnym sensie zmniejsza tzw. istotność takiego przekazu. Niemniej warto zwrócić uwagę właśnie na ten wątek słów George’a Sorosa. Zwłaszcza, że w piątek po południu, ale i też przez weekend inwestorzy zastanawiali się, czy europejscy decydenci są rzeczywiście w stanie coś zrobić, aby rozwiązać coraz bardziej zaciskającą się pętlę kryzysu.

Agencje cytowały słowa hiszpańskiego premiera, który wzywał do głębokiej integracji struktur europejskich, zwłaszcza na bazie fiskalnej. Pytanie na ile Mariano Rajoy chce tym poprawić nastroje na rynkach (inwestorzy wiedzą jednak, iż od słów do czynów droga jest bardzo daleka) i uciec od tego co nieuniknione. Ostatni Der Spiegel donosi powołując się na własne źródła, iż administracja Angeli Merkel coraz bardziej naciska na Hiszpanów, aby ci poprosili o międzynarodowe finansowanie – jednocześnie gazeta podaje szacunki, jakoby hiszpańskie instytucje finansowe wymagały dokapitalizowania na 50-90 mld EUR.

Jest jednak rzeczą oczywistą, że bailout będzie wyższy, gdyż pomoc idzie dla kraju, a nie bezpośrednio do prywatnych instytucji. Z kolei Financial Times spekuluje, iż wcześniej niż Hiszpania o pomoc może poprosić niewielki Cypr, który zmuszony jest wesprzeć Cyprus Popular Bank kwotą 1,8 mld EUR. Najciekawsze, w kontekście tzw. „wątku Sorosa” informacje, przynosi Wall Street Journal, który powołując się na swoje źródła twierdzi, iż trwają zaawansowane kuluarowe dyskusje przed zaplanowanym na 28-29 czerwca szczytem Unii Europejskiej, który może być przełomowy. Hmm… no dobrze, ale ile razy to już słyszeliśmy?

Gazeta nie wyklucza, iż Niemcy mogą złagodzić swoje stanowisko w kwestii emisji euroobligacji, czy też tzw. unii bankowej (kraje UE miałyby wzajemnie wspierać instytucje finansowe popadające w problemy), ale w zamian za radykalne zmiany zbliżone do wizji przedstawianej przez hiszpańskiego premiera. Przekazanie części suwerenności (w kwestii fiskalnej), a także powołanie nowych struktur wymagałoby jednak istotnej zmiany traktatu, a więc czasu… którego nie ma. Nie bądźmy przecież naiwni, że Niemcy zgodzą się na coś, czego później w ogóle może nie być.

Angela Merkel doświadczyła tego po fiasku nowego paktu fiskalnego – jeszcze w styczniu wszyscy się z nim zgadzali, a teraz większość mówi o konieczności jego zmian, a tak naprawdę rozmiękczenia przez postawienie na wzrost gospodarczy. Niemniej na czerwcowym szczycie UE najpewniej dojdzie do złagodzenia sporu pomiędzy Francją, a Niemcami – po pierwsze będzie już po wyborach parlamentarnych we Francji (10 i 17 czerwca), a więc Francois Hollande będzie mógł zejść z ostrego tonu; po drugie politycy po obu stronach dobrze wiedzą, że utrzymywanie tego pata, może rozsadzić strefę euro. Co jednak będzie oznaczać to porozumienie? Najpewniej zawieszenie pomysłu euroobligacji i prace nad dokapitalizowaniem Europejskiego Banku Inwestycyjnego, który ma być kołem zamachowym dla dużej fali inwestycji infrastrukturalnych w strefie euro. Czy będzie przełomem dla rynków. Nie.