Wszyscy czekają na uchwałę Izby Cywilnej SN w sprawie franków. Ekonomiści przestrzegają przed jej skutkami finansowymi dla sektora bankowego. A pan, jako prawnik, czego najbardziej się obawia?
Obawiam się popadnięcia w jedną lub w drugą skrajność. Boję się też niewystarczająco przemyślanej i dalekowzrocznej koncepcji prawnej, zbyt generalnych wniosków w uchwale interpretacyjnej o charakterze subsumpcyjnym, nieuwzględniających różnorodności i specyfiki rozmaitych stanów faktycznych, oraz tego, że rozstrzygnięcie SN „zakażone” unijną wadliwością z uwagi na „mieszany” skład całej Izby Cywilnej będzie instrumentalnie kwestionowane. Boję się również pułapki wynikającej ze spolaryzowania stanowisk w dyskursie ekonomistów i prawników, podczas gdy na problem frankowy trzeba patrzeć w sposób wyważony i ostrożny, nie dając się uwieść skrajnym poglądom. To naturalne, że ekonomiści i prawnicy patrzą z różnych perspektyw. Ale każda z tych perspektyw jest ważna i żadnej nie wolno ignorować. Bo choć argumenty prawne są dla sądu najważniejsze, to jednak nie bez przyczyny w USA powstała i ma się dobrze szkoła ekonomicznej analizy prawa. Prawo jako nauka społeczna musi brać pod uwagę rozmaite czynniki społeczne i ekonomiczne, choćby w skali mikro. Bo na koniec rozliczenie umowy musi być przecież przeprowadzone uczciwie, zgodnie z regułami.
No właśnie – uczciwie. To słowo w sporze o umowy frankowe przewija się co i rusz. Frankowicze i ich prawnicy twierdzą, że o uczciwości ze strony banków nie mogło być mowy.
Reklama
Nigdy? Wszystkich banków? I tylko w sprawach frankowych? Żeby móc spojrzeć na tę całą sytuację chłodnym okiem, trzeba się cofnąć w czasie i zastanowić, co tym umowom tak naprawdę dolega, jaka jest choroba. Gdzie jest ten grzech pierworodny, czyli problem, którego zdefiniowanie wyjaśnia toczący się obecnie dyskurs.
To na czym ten grzech pierworodny miałby polegać?

Reklama
Jeżeli spojrzeć w najstarsze wypowiedzi sądów, to podstawowym argumentem, który miał przemawiać za abuzywnym charakterem umów, była jednostronna możliwość kształtowania kursu waluty przez banki. Od tego wszystko się zaczęło. To były klauzule uznane w wielu orzeczeniach za abuzywne.
Dziś coraz częściej frankowicze argumentują, że cały mechanizm indeksacji był wadliwy, ponieważ nie był zrozumiały dla konsumentów. Albo jeszcze bardziej radykalnie, że ważności umowy nie da się utrzymać, bo konsumenci byli oszukani, wprowadzeni w błąd, wyzyskani przez świadome przyszłego kursu franka banki albo co najmniej nie byli przez te banki poinformowani co do ryzyka walutowego. I tu się stawia ten wielki kwantyfikator – mówi się, że w ogóle ryzyka nie rozpoznawali.
A pana zdaniem tak nie było?
Unikałbym wielkich kwantyfikatorów i generalnego twierdzenia, że żaden konsument, który zawarł umowę o kredyt w walucie obcej, nie był poinformowany o ryzyku walutowym w sposób wystarczający, a tym bardziej że był ofiarą świadomej manipulacji ze strony banku. Pamiętajmy, że SN uznaje, że same mechanizmy indeksacji (wyr. z 22.1.2016 r., I CSK 1049/14) i spreadu walutowego (wyr. z 11.12.2019 r., V CSK 382/12) mieszczą się w granicach swobody umów. Również TSUE kwestionował raczej brak transparentności niż samą indeksację (Perenicowa C-453/10, Andriciuc C 186/16). Jeśli zatem wadliwość miałaby dotyczyć całego procesu zawierania umowy, czyli udowodniono by, że konsument był wprowadzony w błąd co do istoty tej umowy, to cała umowa może być dotknięta wadliwością. Ale to przecież wymaga zbadania w każdej indywidualnej sprawie, a nie w uchwale wykładniczej SN. A jeśli mówimy o wadliwości klauzuli, to przecież ważny jest jej konkretny kształt i dokonanie oceny wpływu tej wadliwości na resztę umowy.
Czyli nie znajduje pan w tej kwestii nieprawidłowości po stronie banków?
Ja uważam po prostu, że nie należy mówić, że mamy jednolitą sytuację wszystkich frankowiczów. Moim zdaniem tak nie jest. To wszystko zależy od sprawy. Żeby dojść do takiego wniosku, wystarczy przejrzeć orzecznictwo: ktoś mówi, że w ogóle nie czytał umowy, inny mówi, że nie rozumiał tego, co mu dano do podpisania, trzeci mówi, że był wyłącznie informowany w ten sposób, że musiał odhaczać pewne okienka na ekranie monitora o zapoznaniu się z ryzykiem walutowym, czwarty powie, że nie rozumiał tego, co mu tłumaczono, piąty powie, że w ogóle się nad tym prześliznął, a szósty, że nie spodziewał się tak dużej zmiany kursu waluty. I w każdej z tych konkretnych spraw trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, czy i w jakim zakresie banki uczyniły zadość obowiązkowi informacyjnemu, oraz uwzględnić ukształtowany w orzecznictwie unijnym dość wysoki standard konsumenckiej staranności, wymagający od samego konsumenta dbałości o jego własne sprawy. A po drugie trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, jak zbudowana jest klauzula kursowa i na ile swobodny był mechanizm ustalenia kursu przez bank. Czy istotnie był on jednostronny, sprzeczny z dobrymi obyczajami i rażąco naruszający interesy konsumenta. No bo jeśli mechanizm prowadził do ustalenia kursu niemal zbieżnego ze średnim kursem NBP, to mam wątpliwości, czy jest on niedozwolony.
Tymczasem prawnicy frankowiczów stają na stanowisku, że to wszystko nie ma znaczenia wobec faktu zawarcia przez bank w umowie klauzuli abuzywnej.
Wtedy już mówimy o wadliwości samej klauzuli kursowej. A i ta nie zawsze jest oczywista. Niedozwolone postanowienie umowne to jest takie, które kształtuje prawa i obowiązki konsumenta w sposób sprzeczny z dobrymi obyczajami i dodatkowo rażąco narusza jego interesy. I o klauzulach kursowych mówi się, że skoro dzięki nim bank miał możliwość kształtowania kursu waluty już po zawarciu umowy, to jest to sprzeczne z dobrymi obyczajami. Skoro tak, to trzeba spojrzeć, jaki uprawnienie banku ma wpływ na interesy konsumenta, czy istotnie tak obliczone kursy waluty znacząco odbiegają od średniego kursu NBP? Bo jeśli znacząco odbiegają, to można powiedzieć, że jest to klauzula abuzywna. Natomiast jeśli nie odbiegają, to mam wątpliwości. Abuzywność wymaga bowiem rażącego naruszenia interesów.
Przyjmijmy jednak, że odbiegają.
To wówczas pojawia się kolejne pytanie, jaki bezskuteczność klauzuli ma wpływ na całą umowę.
I takie też jest jedno z pytań postawionych przez I prezes SN.
Od odpowiedzi na nie będzie zależało, czy możemy rozważać przypisanie normatywne i zastąpienie na podstawie art. 56 k.c. postanowienia umownego przepisem ustawy i w jakim zakresie. Taka możliwość jest bowiem co do zasady dopuszczona w orzecznictwie TSUE, pod nie w pełni precyzyjnym terminem „uzupełnienie luki” (np. Árpád Kásler C-26/13, Unicaja Banco C-482/13). Jeśli więc wadliwość dotyczy postanowienia kursowego, czyli samego przelicznika, to powstaje kolejne pytanie, czy taki przelicznik można czymś zastąpić i czym?
We wniosku I prezes SN mowa jest o sposobie określania kursu waluty wynikającym z przepisów prawa lub obyczajów.
Jeśli chodzi o możliwość ustalenia przelicznika na podstawie zwyczajów, to ona została wykluczona w orzeczeniu Dziubak vs Raiffeisen (C-260/18). TSUE powiedział, że nie można tego zrobić na podstawie zasad współżycia społecznego czy zwyczajów, czyli właśnie na zasadzie klauzul generalnych. Natomiast nie wykluczył tego na podstawie przepisów prawa, a mamy art. 358 par. 2 kodeksu cywilnego nakazujący niezastrzeżony umownie kurs waluty ustalić według średniego kursu NBP. Do tego zresztą przepisu sięgały orzeczenia sądów. Orzecznictwo było jednak dość przypadkowe i nieprecyzyjne, a kwestia ta wymaga przesądzenia, zwłaszcza że chyba niesłusznie niektórzy ograniczają jego stosowanie do zobowiązań wyrażonych w obcej walucie, bo to nie ma oparcia w treści. Pewien problem natomiast polega na tym, że ten przepis wszedł w życie na początku 2009 r. Pytanie więc, na ile można go stosować do umów zawartych przed jego wejściem w życie.
A można?
To jest trudne pytanie. Moim zdaniem jest to możliwe, ale odpowiedź musi uwzględnić kilka płaszczyzn argumentacyjnych. O umowie kredytu walutowego mówi się, że jest to umowa o charakterze ciągłym (np. wyr. SN z 7.3.2014 r., IV CSK 440/13). W czasie trwania takich umów zmienia się regulaminy i dopuszcza się stosowanie przepisów, które wchodzą w życie w trakcie ich trwania, „łapią w locie”. Taka jest generalna zasada. Mało tego. Przy tego typu zobowiązaniach zasadniczo sankcje działają na przyszłość, rozlicza się też wartość świadczeń w czasie. Trochę w myśl zasady, że nie da się najmu „odmieszkać”. Więc jak jest nieważna umowa najmu, to za czas zamieszkiwania i tak trzeba się rozliczyć. Ale tutaj mamy konflikt z klauzulami abuzywnymi, które mają być wyeliminowane od zawarcia umowy, czyli ex tunc. Aksjologicznie wiele też przemawia za stosowaniem art. 358 par. 2 k.c. Możliwość taką dopuścił SN w wyr. z 13.12.2018 r., V CSK 559/17, i z 27.12.2019 r., II CSK 19/18, wykluczył zaś w wyr. z 27.11.2019 r. II CSK 483/13. W orzecznictwie do podobnego efektu w umowach sprzed 2009 r. dochodzono też analogią z prawa wekslowego. Jeśli jedynym problemem jest określony abuzywną klauzulą spread walutowy, to średni kurs NBP daje, moim zdaniem, remedium adekwatne i niesprzeczne z celem dyrektywy 93/13. Skoro podstawowym celem ochrony jest przywrócenie równowagi w umowie, a nie unieważnienie jej, a wadliwość klauzuli jest punktowa, to „wypełnienie luki” może być wystarczające. Ale ten mechanizm koryguje jedynie spread walutowy, więc raczej nie będzie zgodny ze społecznymi oczekiwaniami. To są trudne zagadnienia, które powinien SN głęboko rozważyć, jeśli nie chce popaść w skrajności.
Co trzeba wziąć pod uwagę?
I problem ciągłego charakteru stosunku, i możliwość stosowania tego przepisu w przypadku, kiedy już trwa stosunek zobowiązaniowy, i przyczyny, i zakres wadliwości klauzuli kursowej, i to, czy po usunięciu klauzuli konsument nadal ponosiłby ryzyko spreadowe (Dunai C-118/17). Wreszcie trzeba rozważyć, czy można wyeliminować tylko część klauzuli za pomocą tzw. testu niebieskiego ołówka.
A pana zdaniem można by było wyciąć abuzywną część klauzuli?
Tak, jeśli można wyseparować wadliwą część. Zresztą tak przyjmował TSUE w istotnych orzeczeniach (Abanca C-70/17, Bankia SA C-179/17, Banco Santander C-96/16), a ostatnio w wyr. z 29.04.2021 (C-19/20), wskazując, że usunięcie jest możliwe, o ile abuzywna część klauzuli stanowi samodzielną część normatywną (zobowiązanie umowne). Krótko mówiąc, czy po wyeliminowaniu części klauzuli kursowej nie zmienia się istoty pozostałych elementów i czy nadal umowa zachowuje sens.
Czy jest to w ogóle możliwe?
W sprawie C-19/20 TSUE uznał to za co do zasady możliwe, analizując klauzulę określającą kurs jako średni NBP skorygowany o marżę banku. Dopuścił niezmieniające istoty warunku wykreślenie abuzywnego postanowienia, o ile stanowi ono odrębne zobowiązanie umowne (tu moim zdaniem byłoby możliwe wykreślenie odesłania do marży banku, a pozostawienie odesłania do umownie określonego średniego kursu NBP). Moim zdaniem można też rozważać wyrzucenie umownego przelicznika przy udzielonym w złotówkach kredycie indeksowanym, a wówczas kredyt mógłby być spłacany jako kredyt złotówkowy. I w drugą stronę – jeżeli kredyt był udzielany w walucie obcej, to po eliminacji części klauzuli być może mógłby pozostać kredytem w walucie obcej. To wszystko zależy od konstrukcji klauzuli i od kształtu konkretnej umowy.
A co w sytuacji, gdy nie da się dokonać częściowej redukcji klauzuli? Kiedy klauzula w całości nadaje się do wycięcia?
Zasadą jest, że umowa nadal wiąże z pominięciem bezskutecznej klauzuli. Ale trzeba sobie zadać pytanie, czy nie wyrzucamy klauzuli, bez której umowa przestaje zawierać tzw. minimalną treść czynności prawnej, czy chroni konsumenta i czy może nadal wiązać. Ale to zależy od treści konkretnej klauzuli i umowy. Bo jeżeli okazuje się, że po usunięciu klauzuli kursowej kredyt może funkcjonować jako np. kredyt złotówkowy na LIBOR-ze albo w jakiejś innej formule, to wówczas nie ma powodu, żeby unieważniać całą umowę. Choć z orzeczenia Dziubak wywodzi się niekiedy, moim zdaniem, niesłuszny wniosek, że to konsument decyduje o zakresie sankcji, tj. czy odfrankowiamy czy unieważniamy umowę. Konsument natomiast decyduje o swoim żądaniu, a o sankcji decyduje sąd, choć o przewidywanym unieważnieniu umowy powinien konsumenta pouczyć. Tylko wtedy konsument może oświadczyć, czy godzi się na wykreślenie abuzywnych postanowień i związanie umową. Ale nie ma unieważnienia na życzenie, co wynika m.in. z wyroku TSUE w sprawie Perenicowa (C-453/10), a ostatnio w sprawie (C-19/20), w której wprost wskazano, że unieważnienie umowy nie może nastąpić na żądanie konsumentów, lecz wymaga obiektywnego stosowania przepisów. Z koniecznością unieważnienia umowy moglibyśmy mieć też do czynienia, gdyby wadliwością dotknięty był cały proces zawierania umowy, np. poprzez wprowadzenie w błąd konsumenta co do ryzyka kursowego lub przekroczenie granic swobody umów. Podobnie może być, gdy dojdziemy do wniosku, że bez tej klauzuli umowy nie da się utrzymać jako całości. Wówczas musiałaby być potraktowana jako dotknięta najdalej idącą sankcją.
Jaka miałaby to być sankcja?
Tego pytania właśnie brakuje mi we wniosku I prezes SN. To powinno być pytanie o to, czy wyrok jest konstytutywny, a więc unieważniający umowę, czy też deklaratywny, a więc potwierdzający nieważność z mocy prawa. Czyli pytanie o charakter sankcji, która miałaby ewentualnie dotknąć umowę. Patrząc bowiem na te pytania, ma się wrażenie, że I prezes SN założyła, że ma to być jednak wyrok deklaratywny. A to chyba nie byłoby najlepszym rozwiązaniem i być może SN to dostrzeże.
Pan uważa, że wyrok sądu powinien mieć charakter konstytutywny?
Wiele na to wskazuje, jeśli weźmie się pod uwagę całe orzecznictwo TSUE, który zresztą – choć nie jest to rozstrzygający argument – częściej odwołuje się do terminu „unieważnienie”. Po pierwsze jednak mamy tutaj do czynienia z tzw. relatywną bezskutecznością, czyli taką, która jest opcjonalna dla konsumenta. A to oznacza, że konsument musi się sam powołać na bezskuteczność, jeśli chce, żeby postanowienie było bezskuteczne. Po drugie sąd musi zbadać, czego konsument żąda. Po trzecie musi ocenić wpływ bezskuteczności klauzuli na związanie całą umową, czyli czy może usunąć fragment klauzuli lub całą klauzulę i czy może zastąpić postanowienie umowne abuzywne przepisem ustawy. Po czwarte musi ocenić wpływ tego zastąpienia na prawa i obowiązki konsumenta, czyli krótko mówiąc, czy w ten sposób przywróci balans w umowie, czy konsument będzie nadal pokrzywdzony, bo tak też przecież może być, w szczególności wtedy gdy mamy do czynienia z całym wadliwym procesem zawierania umowy. Możliwość utrzymania umowy ocenia na podstawie okoliczności istniejących na etapie rozstrzygania, a nie w chwili zawierania umowy. I stosownie do tego sąd musi podjąć decyzję, jaka to jest sankcja. I moim zdaniem tu za grosz nie pasuje sankcja nieważności bezwzględnej z mocy prawa, lecz sankcja orzekana konstytutywnym orzeczeniem sądu. Dostrzegł to SN w wyr. z 11.12.2019 r. (V CSK 382/18), choć nie postawił kropki nad „i”. Taki manewr zastosował kiedyś SN, rozstrzygając problem wadliwości uchwał spółek kapitałowych, gdzie wbrew brzmieniu ustawy powiedział, że jeśli mamy do czynienia z uchwałą nieważną, to ta nieważność to nie jest stwierdzenie nieważności, tak jak mówi ustawa, tylko właśnie konstytutywne orzeczenie sądu. Czyli że bez tego orzeczenia nie ma nieważności. To jest bardzo ważne dla rozliczeń. I odpowiadając na tak postawione pytanie, SN bardzo by uprościł rozliczenia, gdyby przyjął koncepcję konstytutywnego orzeczenia sądu. A moim zdaniem sankcja unijna, zbudowana przez TSUE, daje podstawy, żeby właśnie tak określić tę sankcję. Kilka orzeczeń zapadłych po sprawie Dziubak akcentowało konstytutywny charakter sankcji jako pożądany lub właściwy (wyr. SN z 11.12.2019 r., V CSK 382/18; wyr. SA w Białymstoku z 22.12.2020r., I ACa 745/19; wyr. SA w Warszawie z 26.11.2019, I ACa 722/18).
Na czym to ułatwienie by polegało?
Na tym, że rozliczenia otwierają się dopiero z chwilą orzeczenia sądowego. A więc nic się nie przedawnia, każdy może dochodzić swojego roszczenia, dokonuje się wyliczenia wzbogacenia na dzień orzeczenia sądowego i mamy uczciwe i sprawiedliwe rozliczenia.
Przy takiej koncepcji wadliwość jest przesądzona w momencie wydania orzeczenia przez sąd. Dopiero wówczas wiedzą, czy i jak mają się rozliczyć. Dopóki nie ma orzeczenia, nie da się sensownie zbudować całościowego rozliczenia. I moim zdaniem to jest klucz, który powinien wziąć pod uwagę SN, i tego pytania mi brakuje we wniosku I prezes.
A jak powinno to rozliczenie między stronami kredytu wyglądać?
Zasadniczo przy unieważnieniu umowy są dwa świadczenia: kredytobiorca ma zwrócić pobraną kwotę kredytu, a bank ma oddać raty, które zostały uiszczone. Po pierwsze jednak, powraca pytanie o czynnik czasu, czyli ciągły charakter świadczenia i ewentualne rozliczenie jego wartości w czasie, po drugie istnieje nabyte za kredyt mieszkanie, które jest własnością kredytobiorcy, po trzecie istnieje możliwość włączenie większej liczby podmiotów do transakcji (małżonkowie, poręczyciel, sprzedający), co może skomplikować rozliczenie. W konsekwencji pytanie, czy rozliczymy umowę saldem, czy za pomocą dwóch kondykcji, bywa nieco uproszczone. Kluczowy jest bowiem problem oceny stanu wzbogacenia stron przy rozliczeniu i uwzględnienia czynnika czasu wpływającego na rozmiar świadczeń obu stron, bo przecież w różnych sytuacjach zwracane świadczenia podlegają wycenie. Dwie kondykcje dominują w orzecznictwie, bo się mówi, że to strony dokonują potrąceń, a nie sąd, a niektórzy mówią, że saldo jest o tyle łatwiejsze, że od razu rozliczamy tylko różnicę. A na to nakłada się problem wielopodmiotowości, zakresu wzbogacenia i przedawnienia.
Przy dokonywaniu rozliczeń musimy chyba jednak pamiętać także o sankcji, zgodnie z którą ten, kto stosował postanowienia abuzywne, czyli w tym przypadku bank, nie może z tego postanowienia czerpać benefitów.
Tak, ale dotyczy to mechanizmu sankcyjnego. Zarazem TSUE akcentuje, że priorytetem przy eliminacji klauzul abuzywnych jest przywrócenie zachwianej równowagi praw i obowiązków stron, a nie unieważnienie umowy. To, że TSUE uruchamia sankcję za zastosowanie klauzuli, nie oznacza, że celem tej operacji jest ukaranie. Celem jest bowiem przywrócenie zachwianej równowagi. A już po mechanizmie sankcyjnym następują rozliczenia.
Czyli ta sankcja nie dotyczy etapu dokonywania rozliczeń po unieważnieniu umowy?
Moim zdaniem przy rozliczeniu kondykcyjnym sankcja nie działa. Ona działa na etapie uznania umowy za wadliwą z uwagi na klauzulę abuzywną. Ale rozliczenie to już zupełnie inna kwestia. Oczywiście w następstwie tego rozliczenia konsument nie może ekonomicznie znaleźć się w takim położeniu, jak przed działaniem sankcji, bo to byłoby niezgodne z celem dyrektywy 93/13. Trzeba bowiem usunąć konsekwencje abuzywności. Ale więcej już raczej nie.
Jaka jest więc podstawa dokonywania tych rozliczeń?
Rozliczenie odbywa się na podstawie przepisów o nienależnym świadczeniu, czyli bezpodstawnym wzbogaceniu. Czyli całe rozliczenie następuje w granicach wzbogacenia.
Taka koncepcja jest uważana przez prawników prokonsumeckich za niedopuszczalną i krzywdzącą dla ich klientów.
Dlaczego, jeśli w równym stopniu dotyczy obu stron i usuwa nierównowagę, nie krzywdząc konsumenta? Moim zdaniem to jest właśnie płaszczyzna do pogodzenia prawników i ekonomistów. Bo ekonomista powie: złotówka dana 30 lat temu to nie jest ta sama złotówka, co dana dzisiaj, bo wartość pieniądza w czasie nadaje jej zupełnie inną wartość. A twierdzenie: „trzeba ukarać bank” nie ma uzasadnienia w reżimie bezpodstawnego wzbogacenia. A chyba problem polega na tym, że tutaj trzeba się racjonalnie, uczciwie rozliczyć.
A jakie rozliczenie byłoby według pana uczciwe?
Uczciwe rozliczenie z całą pewnością nie polega na tym, że jedna strona zatrzymuje kwotę kredytu, bo np. roszczenie banku uzna sąd za przedawnione, a druga strona musi oddać wszystkie raty. W efekcie ma zwrócone raty i jeszcze zwaloryzowaną kwotę kredytu w postaci wzrostu wartości mieszkania. To jest po prostu niesprawiedliwe i wcale nie znajduje oparcia w postanowieniach dyrektywy 93/13. Podobnie jak niesprawiedliwe jest przedawnienie roszczenia konsumenta, na co TSUE zwracał uwagę w wyr. z 22.04.2021 r., C-485/19.
Ale tak by było tylko wówczas, gdyby uznać, że bieg przedawnienia rozpoczyna się w momencie wypłaty środków.
Tak, a gdyby sąd uznał, że bieg przedawnienia rozpoczyna się od unieważnienia umowy, to nam ten problem w ogóle odpada. I wtedy nie ma już takiej rażącej niesprawiedliwości. A jeszcze lepiej, gdyby sąd unieważniając umowę, dokonał całkowitego rozliczenia, zamykając cały problem pomiędzy stronami w ramach jednego postępowania, optymalizując proces dochodzenia sprawiedliwości.
Ale wtedy powstanie pytanie, czy aby na pewno oddano to samo.
Istotnie. Bo ktoś uzyskuje nominalną wartość kredytu, którą otrzymał na początku istnienia zobowiązania, a drugi otrzymuje raty kredytu w takiej wysokości, jakie były świadczone. Czyli może być tak, że nie spłaciwszy kredytu do końca, otrzyma więcej zwrotu rat niż odda kwoty nominalnego kredytu. A przecież ma jeszcze mieszkanie o mierzalnej wartości. Nie ma więc tutaj dobrego sposobu na rozliczenie. Sąd nie będzie tu miał łatwego zadania. Ale ja bym, zwłaszcza przy zobowiązaniu ciągłym, nie wykluczał możliwości rozliczenia wartości pieniądza w czasie, przynajmniej w jakiejś części. Pamiętajmy, że obie strony świadczyły i żadna z nich nie może być „wzbogacona” w następstwie stwierdzenia nieważności, choć oczywiście po stronie konsumenta należy wyeliminować dolegliwość wynikającą z abuzywności. Rozliczenie więc nie mogłoby wracać do świadczeń przewidzianych w zakwestionowanej umowie, czyli odrzucamy zakwestionowane klauzule kursowe. Ale rozważać można np. średni koszt kredytu złotówkowego lub inne miary. Mówimy: kliencie, otrzymałeś pieniądze jakiś czas temu, za te pieniądze godziłeś się zapłacić, tylko nie godziłeś się zapłacić na podstawie abuzywnych klauzul. Ale pamiętajmy, że „wartość pieniądza” w czasie dotyczy świadczeń obydwu stron. Zatem i zapłacone wcześniej raty przez kredytobiorców mogą podlegać analogicznemu mechanizmowi. Mądre zastosowanie przepisów o bezpodstawnym wzbogaceniu powinno doprowadzić do rozliczenia uchylającego konsekwencje abuzywności, ale jednocześnie zapewniającego, że żadna ze stron nie jest wzbogacona względem drugiej. Zubożony bowiem nie może żądać więcej, niż wynosi niższa z dwu wartości: jego własny uszczerbek albo korzyść uzyskana przez wzbogaconego (tak np. wyr. SN z 24.10.1974 r., II CR 542/74). Da się to zrobić, jeśli uwzględni się aspekt ekonomiczny w zakresie, w jakim prawo się do niego odwołuje. Wbrew niektórym opiniom, nie zostało to wykluczone przez TSUE ani w sprawie słowackiej (C-485/19), ani polskiej (C-19/20).
Rozmawiała Małgorzata Kryszkiewicz
Na jutro zapowiedziano „siódemkowe” posiedzenie Izby Cywilnej SN, na którym ma być udzielona odpowiedź na pytania Rzecznika Finansowego dotyczące kredytów walutowych. W przyszłym tygodniu Izba Cywilna SN ma się zebrać w pełnym składzie, by udzielić odpowiedzi na sześć pytań dotyczących kredytów walutowych, jakie zadała pod koniec stycznia I prezes SN.
Rozmówca nie ma kredytu we frankach, nie reprezentował żadnej ze stron w sporach frankowych. Przygotowywał opinie prawne na temat problemów frankowych