Polska powinna wejść do strefy euro, ale przedtem musi wzmocnić instytucje gospodarki rynkowej i znacząco obniżyć dług publiczny.

Gdy media podadzą informację o katastrofie samolotu, wielu z nas ma obawy przed kolejnym wejściem na pokład latającej maszyny. Tymczasem powinno być dokładnie odwrotnie – każdy wypadek, kiedy dokładnie poznane zostaną jego przyczyny, zwiększa bezpieczeństwo lotów.

Nie inaczej powinno być w polityce gospodarczej. Nieudane projekty trzeba traktować jako cenne źródło informacji o błędach, które mają szansę sprawić, że gospodarcze porażki będą zdarzały się rzadziej. Kryzys w strefie euro oglądany w tej perspektywie może dostarczyć cennych wskazówek. Analiza losów poszczególnych krajów może pomóc odpowiedzieć na pytanie, kiedy Polska powinna przyjąć wspólną walutę.

Ratyfikowany przez Polskę traktat akcesyjny nie daje wyboru odnośnie przyjęcia wspólnej waluty. Teoretycznie jednak można zastosować strategię proponowaną przez niektórych polityków opozycji, by zwlekać z wprowadzeniem euro tak długo, jak to tylko możliwe. Gdyby wspólna waluta była, generalnie rzecz biorąc, niekorzystna, tak zapewne należałoby zrobić.

Niewątpliwie nie wszystkie kraje unii walutowej straciły na przyjęciu euro. Wśród beneficjentów wymienia się Niemcy, Austrię, Finlandię, Francję i kraje Beneluxu. Także niektóre państwa dotknięte kryzysem w pewnym stopniu na euro skorzystały. We Włoszech na przykład w ciągu minionych stu lat nigdy nie było tak niskiej inflacji, jaka przyszła do Italii wraz ze wspólną europejską walutą. Skupmy się jednak na wymienionych wcześniej głównych beneficjentach euro.

Północ – nawet na kryzysie da się zarobić

Przede wszystkim gospodarki krajów Północy nie przeżyły znaczącego załamania w wyniku kryzysu wspólnej waluty z lat 2010-2012. Największa z nich – niemiecka – nie doświadczyła w żadnym z tych lat spadku PKB i to mimo fatalnej sytuacji gospodarczej na południu kontynentu. W znacznie większym stopniu odczuwalna była recesja z 2009 roku, która przyszła zza oceanu i miała zasięg globalny. Gospodarka strefy euro nie jest więc jak domino – załamanie w niektórych krajach nie oznacza, że pozostałe nie mogą w miarę spokojnie czerpać korzyści z eliminacji ryzyka kursowego i integracji rynków finansowych.

Warto też zauważyć, że bycie po właściwej stronie umownego podziału Północ-Południe ma dodatkowe zalety. Wycofanie się inwestorów z rynków długu państw zagrożonych bankructwem spowodowało, że gwałtownie wzrosło zainteresowanie obligacjami krajów Północy. Z ich perspektywy przekłada się to na miliardowe oszczędności. Gdyby Polska, która w 2011 roku w UE miała drugie po Rumunii najwyższe koszty obsługi długu w relacji do PKB, obniżyła je o połowę, pozwoliłoby to zaoszczędzić 18 miliardów złotych, czyli sumę odpowiadającą rocznym wydatkom na szkolnictwo wyższe. Fundusze pomocowe też przynoszą krajom Północy (wyłączywszy pomoc dla Grecji) wymierne korzyści, gdyż oprocentowanie międzyrządowych pożyczek jest wyższe niż oprocentowanie długu publicznego tych krajów.



Grecja – lepiej być poza pociągiem niż pod nim

Największą lekcją, którą w perspektywie członkostwa Polski można wyciągnąć z kryzysu w Grecji, jest konieczność koncentracji na ekonomicznych aspektach członkostwa. Nie należy więc słuchać polityków i ekspertów (przeważnie politologów i specjalistów od stosunków międzynarodowych), którzy mówią o tym, że odjeżdża jakiś pociąg, do którego już teraz koniecznie trzeba wsiadać. Trzeba pamiętać, że sformułowania o historycznej szansie i dziejowej konieczności wypowiadano także w Grecji przed akcesją do strefy euro. Tymczasem okazało się, że niezależnie od uwarunkowań politycznych wspólna waluta z czasem bezlitośnie obnaża słabości gospodarek. Wchodzenie do strefy euro z masą niezałatwionych problemów to ekonomiczne samobójstwo.

Irlandia – elastyczni zawsze na cztery łapy

Przykład Irlandii pozwala oświetlić powyższy problem od drugiej strony. Jak wiadomo w wyniku pęknięcia bańki spekulacyjnej na rynku nieruchomości i w sektorze finansowym w ogóle, doszło tam do gwałtownego załamania gospodarczego. Dług publiczny zaś wzrósł w latach 2008-2012 z 25% do 106% PKB. Mimo tego, że rozmiar gospodarczych nierównowag, które obnażył i skorygował kryzys, był w Irlandii największy spośród wszystkich krajów strefy euro, Zielona Wyspa przeszła przez zawieruchę relatywnie gładko. Głęboka recesja miała miejsce tylko w latach 2009-2010, od roku spada bezrobocie, które, inaczej niż na południu, nie przekroczyło nawet 15%.

Warto oczywiście zastanawiać się, jak zapobiec temu, żeby niskie stopy procentowe panujące we wspólnym obszarze walutowym dzięki wysokim oszczędnościom Północy, nie prowokowały baniek spekulacyjnych. Niemniej ważne jednak jest, by być przygotowanym nawet na najczarniejszy scenariusz. Strategią, która sprawdziła się w Irlandii było połączenie elastyczności z silnymi instytucjami gospodarki rynkowej. Przed kryzysem Zielona Wyspa zajmowała czwarte miejsce w rankingu wolności gospodarczej Heritage Foundation, nadal jest też w czołówce rankingu Doing Business przygotowywanego przez Bank Światowy. Dzięki z jednej strony sprawnie funkcjonującym procedurom bankructwa i łatwości zwalniania pracowników oraz z drugiej strony przyjaznym dla zakładania nowych przedsiębiorstw otoczeniu, gospodarka szybko dostosowała się do nowych warunków.

Słowacja i Słowenia – potrzebny bufor bezpieczeństwa

Ważna lekcja dla Polski płynie również z doświadczeń ze wspólną walutą, które mają kraje będące przed laty po tej samej stronie żelaznej kurtyny. Jak na razie spośród krajów „demokracji ludowej”, wyłączywszy NRD w 1990 roku wchłonięte przez Niemcy Zachodnie, do strefy euro przystąpiły Słowenia (2007), Słowacja (2009) i Estonia (2011). Mimo tego, że kryterium z Maastricht przewiduje maksymalny poziom długu do PKB poniżej 60%, wszystkie trzy kraje w momencie przystąpienia do strefy miały o wiele niższe zadłużenie. Estonia jest tu ekstremalnym przypadkiem, gdyż dług publiczny na koniec 2010 roku wynosił zaledwie 7,2% PKB. Jednak także Słowenia i Słowacja były bardzo daleko od oficjalnego limitu – ich zadłużenie nie przekraczało 30% PKB.

Doświadczenie tych dwóch krajów jest o tyle ważne, że przystąpiły do unii walutowej tuż przed (Słowenia) lub w trakcie (Słowacja) kryzysu. Wskutek recesji ich dług podskoczył znacznie powyżej 40% PKB, wzrosły też przejściowo koszty jego obsługi. W przypadku Słowenii mówiło się nawet o udzieleniu przez UE pomocy. Na szczęście wydaje się, że do tego nie dojdzie. Gdyby jednak oba te kraje do kryteriów z Maastricht podeszły czysto formalnie i weszły do strefy euro z długiem do PKB na poziomie 55%, byłyby już dawno podłączone do unijnej kroplówki. Warto wziąć to pod uwagę i przed przyjęciem przez nasz kraj wspólnej waluty znacząco obniżyć dług publiczny.

Maciej Bitner