Na rynku kapitałowym, wbrew popularnemu powiedzeniu, ważniejsze bywa to, jak zaczynasz, niż to, jak kończysz. Najlepiej pokazuje to przykład ukraińskich spółek notowanych na GPW.
Dziennik Gazeta Prawna
Mimo trudnej sytuacji gospodarczej Ukrainy na akcjach spółek z tego kraju notowanych na GPW można było nieźle zarobić. W ciągu ostatnich trzech lat indeks WIG-Ukrain zyskał na wartości ponad 100 proc. Dla porównania notowania polskich spółek poszły w tym czasie w górę 26 proc. W perspektywie ostatnich 12 miesięcy wzrosły kursy akcji dziewięciu z dziesięciu notowanych na głównym parkiecie warszawskiej giełdy ukraińskich firm.
Reklama
Wyjątek potwierdza regułę
A może być jeszcze lepiej, bo perspektywy są dobre. Jakub Szkopek, analityk mBanku, podtrzymuje rekomendację „akumuluj” dla akcji Kernela. Wycenia jedną na 73,9 zł, gdy w ostatnich dniach kurs wynosił nieco powyżej 60 zł. Kernel ma największy wpływ na wartość indeksu WIG-Ukrain.

Reklama
– Z gospodarczego kryzysu na Ukrainie spółka wyszła wzmocniona. Ponad 90 proc. jej przychodów pochodzi z eksportu, więc spadek wartości hrywny zadziałał na korzyść Kernela. Firma nie była zadłużona i mogła sobie pozwolić na przejęcia mniejszych konkurentów oraz powiększenie areału gruntów rolnych. Dzięki temu stała się największym posiadaczem ziemi uprawnej na Ukrainie – mówi Jakub Szkopek.
Kernel reprezentuje branżę rolniczą. Każdego roku z posiadanych dotychczas 385 tys. ha ziemi uprawnej zbierał do 2 mln ton zbóż i nasion słonecznika, pozostałe 5,3 mln ton kupuje od farmerów. Ze słonecznika produkuje olej, zboża sprzedaje. Około 10 proc. eksportowanego przez Ukrainę zboża wywozi za granicę właśnie ta firma. Po ostatnich zakupach spółka dysponuje areałem 680 tys. ha ziemi uprawnej. Dla porównania największe tego typu przedsiębiorstwa w Europie Zachodniej posiadają po 100 tys. ha.
Kernel jest jedną z dwóch najdłużej obecnych na naszym parkiecie spółek z Ukrainy. W listopadzie przedstawiciel najliczniejszej zagranicznej kolonii na warszawskiej giełdzie będzie obchodził 10-lecie giełdowego debiutu.
Dłużej – o ponad rok – notowana jest specjalizująca się w produkcji cukru i zbóż Astarta. Dwie duże, solidne firmy, które dały możliwość polskim funduszom zainwestowania w słabo reprezentowany na giełdzie sektor rolniczy. Ale postrzeganie ukraińskich spółek przez pryzmat Kernela i Astarty daje nieprawdziwy obraz. Więcej było porażek.
Firmy zombie
W środę GPW po raz kolejny zawiesiła obrót akcjami górniczej Sadovaya Group. Spółka zwleka z opublikowaniem raportu rocznego, tłumacząc to trudną sytuacją na wschodzie Ukrainy, gdzie, jak to określa, „trwa operacja antyterrorystyczna”. W związku z tym Sadovaya nie jest w stanie prowadzić działalności. Zapowiedziała, że raport opublikuje do 30 września. Za nieopublikowanie w terminie raportów finansowych zawieszone były w tym roku także Milkiland i KDM Shipping. W maju z obrotu wykluczone zostały akcje Westa Isic. Producent akumulatorów zbankrutował. Wszystkie wymienione spółki pojawiły się na giełdzie w latach 2010–2012, kiedy inwestowanie w ukraińskie firmy było w modzie. Wspólnie ze wschodnim sąsiadem właśnie kończyliśmy przygotowania do Euro, a placówka warszawskiej giełdy w Kijowie zachęcała ukraińskie firmy do wchodzenia na GPW. Inwestorzy, zachęceni wrażeniem, jakie zrobiły Astarta i Kernel (w 2011 r. spółka weszła do prestiżowego indeksu WIG20 i pozostała w jego składzie do 2015 r.), kupowali ich akcje jak świeże bułeczki.
– Większość spółek, które wtedy pojawiły się na giełdzie, nie była do tego przygotowana. Prowadziły intensywną politykę inwestycyjną w oparciu o kredyt. Na inwestycje poszły z reguły także pieniądze z emisji. Teraz to firmy zombie – mówi Marek Buczak, dyrektor ds. rynków zagranicznych w Quercus TFI.
Kryzys na Ukrainie zaczął się tuż po Euro 2012. Gospodarka znalazła się w recesji w roku mistrzostw i wyszła z niej dopiero w 2016 r. Kiedy W 2014 r. wybuchła wojna z Rosją, głównym odbiorcą ukraińskiego eksportu, wiele firm straciło rynek zbytu (np. IMC). Praktycznie przestał działać system bankowy, a dodatkowo na globalnych rynkach zaczęły spadać ceny produktów rolnych. Większość ukraińskich spółek notowanych na GPW pochodzi z tej branży. To czynniki obiektywne, na które firmy nie miały wpływu. Ale też od samego początku zaniedbywały komunikację z inwestorami. Oszukiwały przy okazji publikacji wyników finansowych (Agroton), nie realizowały przejęć obiecanych przy okazji emisji akcji (Milkiland) czy obiecywały rewolucyjny know-how, którego nie miały (Westa). To nie są kłopoty wyjątkowe dla firm ukraińskich. Chodzi jedynie o ich nagromadzenie w relatywnie nielicznej grupie spółek. Przy takim początku zakończenie nie mogło być szczęśliwe.
Wciąż tanio
Dlatego seria ukraińskich debiutów na GPW skończyła się już dwa lata przed rosyjską inwazją na Krym. Ostatnią spółka, która zdążyła wejść na giełdę, jest KDM Shippping. To jedna z pięciu ukraińskich firm, której akcje straciły od debiutu ponad 90 proc. Ale w przeciwieństwie do KSG Agro, Milkilandu, Coal Energy czy Sadovaya Group, znajdujących się w krytycznej sytuacji, położenie KDM jest lepsze. Już po debiucie spółka zdążyła przeprowadzić jeszcze jedną emisję akcji. Za pozyskane pieniądze chciała kupować kolejne statki (KDM specjalizuje się w transporcie rzecznym), ale plany pokrzyżowała wojna. Spółka ma około 20 mln dol., flotę, ale konflikt uniemożliwia jej prowadzenie działalności operacyjnej.
Prócz Astarty i Kernela solidnie prezentuje się także Ovostar (produkcja, dystrybucja i przetwórstwo jaj kurzych), na prostą ma szansę wyjść IMC (produkcja zbóż, roślin oleistych, ziemniaków, hodowla bydła). Cechą wspólną ukraińskich przedsiębiorstw są niskie wskaźniki wyceny. Ostatnia hossa tego nie zmieniła. Relacja ceny akcji do przypadającego na nią rocznego zysku (C/Z) dla indeksu WIG-Ukrain wynosi ledwie 5. Dla WIG-Poland wskaźnik jest ponad trzy razy większy.
– Po pierwsze inwestorzy biorą pod uwagę ryzyko związane z Ukrainą. Po drugie, ukraińskie spółki nie mają w zwyczaju płacić dywidendy. To jednak powoli się zmienia, więc można zakładać, że wyceny będą rosły – ocenia Marek Buczak.