Sebastian Stodolak broni ekonomistów przed pomówieniem o głupotę ("Prawdziwa nauka reaguje na rzeczywistość. Ekonomiści nie są tacy głupi") Przywołuje postać Juliana Simona i rzeszy – w większości – anonimowych dla opinii publicznej mikroekonomistów. Wszyscy oni z dala od medialnych jupiterów łamią sobie głowy nad tym, jak prostymi i niedrogimi środkami ułatwić nam życie w codziennym znoju. Mikroekonomości rozwiązują tak ważkie problemy współczesności, jak overbooking. Dzięki nim możecie mieć pewność, że na odprawie lotniskowej nie zostaniecie odesłani z kwitkiem, usłyszawszy uprzednio, że przewoźnik sprzedał więcej biletów na wasze miejsce. Stodolak żali się w imieniu ekonomistów: ci bohaterowie naszych czasów, którym powinniśmy stawiać pomniki, gdyby nie było to wyrzucaniem pieniędzy w błoto, mogą liczyć tylko na pogardę zadufanych dziennikarzy i „humanistów” (ci ostatni na więcej niż cudzysłów zdaniem autora nie zasługują).

Ta żarliwa apologia mikroekonomii, uprawiana przez Stodolaka w wielu punktach nie jest pozbawiona racji. Większość krytyków ekonomii faktycznie postępuje tak, jakby wymierzali karę zbiorową. Napletli oni na naszych ekonomistów, że wszyscy przyjmują za punkt wyjścia wulgarny koncept homo oeconomicus – egoistyczną jednostkę, która w każdej sytuacji dąży do maksymalizacji własnej korzyści i minimalizacji strat. Stodolak kontruje takich „humanistów”, jak na przykład Michaela Sandela, autora książki „Czego nie da się kupić za pieniądze”, twierdząc, że wielu ekonomistów nie podziela bezkrytycznie koncepcji homo oeconomicus. Gdyby tylko aroganccy „humaniści” usłyszeli o ekonomii behawioralnej, eksperymentalnej czy instytucjonalnej, musieliby ugryźć się w język. Następnie Stodolak wymienia mikroekonomistów i zachwala ich jak panny na wydaniu. Gdy jednak bliżej się przyjrzeć tej wyliczance, okazuje się, że ci mikroekonomiści nie oferują przełomu, który obiecuje Stodolak. A niektóre nazwiska, jak Garry’ego Beckera, pozbawiają mnie wszelkich złudzeń.

Nowy stary ekonomista

Na usprawiedliwienie lekceważonych przez Stodolaka dziennikarzy i „humanistów” należy podkreślić, że koncepcja homo oeconomicus jest centralną kategorią ekonomii neoklasycznej, czyli dominującego nurtu w ekonomii. Nic więc dziwnego, że wielu autorów skrótowo pisze, że wszyscy ekonomiści posługują się modelem homo oeconomicus.

Zresztą dlaczego mieliby wchodzić w niuanse, którymi zawraca nam głowę Stodolak? Autor pisze na przykład o behawiorystach Danielu Kahnemanie i Amosie Tverskym, którzy podkreślali, że ludzie nie zawsze dążą do maksymalizacji swoich zysków. Działają przecież w stanie niepewności i mają różne doświadczenia życiowe, które sprawiają, że rezygnują z rozwiązań optymalnych na rzecz satysfakcjonujących. Taki model pozwala zrozumieć, dlaczego ludzie nie są hurraoptymistami, lecz są trzeźwi w swoich działaniach.

Podobnych teorii w ekonomii jest dużo więcej. Jednakże nie jest to odpowiedź na zarzut, który zwykle stawia się ekonomistom, a co najwyżej unik. Kiedy zwykły człowiek krytykuje koncepcję homo oeconomicus, to bierze on na swój celownik egoistyczną przesłankę. Wielu z nas po prostu wierzy, że ludzie przynajmniej od czasu do czasu podejmują działania, mając na względzie lojalność, sprawiedliwość, dobro wspólne, obowiązek itd., nawet jeśli nie leży to w ich interesie. W uproszczeniu, że postępują altruistycznie. Teoria przywołana przez Stodolaka nie mówi nam natomiast nic o altruistycznych zachowaniach: cały czas obracamy się wokół tematu egoistycznej kalkulacji, z tą różnicą, że teraz mierzymy własne siły na zamiary.

Marchewka marchewce nierówna

Nie oddałbym ustawodawstwa w ręce osób, które wierzą, że realni ludzie zachowują się tak jak w tych modelach ekonomicznych. Myślę, że wielu czytelników również. Ta fascynacja Beckerem, której uległ Stodolak, wprawia mnie w spore zakłopotanie. Becker nie jest skromnym ekonomistą, których wychwala Stodolak, ale „wszystkowiedzącym” celebrytą, postrzegającym naturę ludzką w sposób jednowymiarowy i wulgarny. Nie będę dla Beckera tak łagodny jak Stodolak, i przypomnę, że ekonomista ten lansował pogląd, że „rynek” matrymonialny nie różni się zasadniczo od rynku usług seksualnych. Jeśli jesteście w długoletnim związku, to dlatego że – jak twierdzi Becker – wykalkulowaliście sobie, iż będzie to bardziej opłacalne niż szukanie prostytutek lub żigolaków.

Stodolaka jednak nie wzruszają sentymentalne historie o miłości i wzajemnych zobowiązaniach i bez żadnych zahamowań wdrożyłby kilka pomysłów Beckera. I tak na przykład z entuzjazmem odnosi się do moralnie oburzającego – w języku Stodolaka: politycznie niepoprawnego – pomysłu, aby rozwiązać problem migracji do krajów bogatych, sprzedając prawo do pobytu najbogatszym przybyszom. Zastanawia mnie, czy Stodolak z takim zapałem broniłby tego politycznie niepoprawnego pomysłu, gdyby na przykład premier Wielkiej Brytanii powiedział wszystkim Polakom pracującym na Wyspach, że albo mają zapłacić 50 tys. funtów za prawo pozostania, albo wynosić się za Kanał.

Idea, która kryje się za tym pomysłem, to stosowanie zachęt. Skoro ludzie to racjonalnie kalkulujące podmioty, to możemy sterować ich zachowaniem za pomocą finansowych marchewek i kijów. Te środki – zdaniem wielu ekonomistów – są znacznie skuteczniejsze niż normy moralne i prawne. Idea ta rozprzestrzenia się niczym plaga, zarówno w świecie naukowym, jak i wśród decydentów i publicystów, o czym świadczy m.in. tekst Stodolaka. W teorii prosta, w praktyce okazuje się często przeciwskuteczna. Obśmiany przez Stodolaka „humanista” Michaeal Sandel w książce „Czego nie można kupić za pieniądze” gromadzi pokaźny materiał dowodowy na to, że ekonomiści przeceniają znaczenie zachęt. Chociaż dają gwarancje, że polityka zachęt przyniesie pożądane skutki, to w istocie ich przewidywania są wróżeniem z fusów. W przypadku ratowania populacji nosorożców zadziałała. Nie zadziałała natomiast w przedszkolach, które chciały zachęcić rodziców, by nie spóźniali się z odbiorem pociech. Odkąd rodzice byli zmuszani do płacenia za spóźnienia, liczba spóźnień nie zmalała, ale wzrosła! Stało się tak dlatego, że rodzice mogli uspokoić gryzące ich sumienie: czuli się, jakby płacili za dodatkową usługę. Co gorsza, kiedy dyrekcja przedszkola wycofała się z polityki zachęt, liczba spóźnień utrzymała się na podwyższonym poziomie. Rodzice stali się – by posłużyć się ulubionym terminem ekonomistów – roszczeniowi.

Przykłady, które przywołuje Sandel, pokazują, jak niebezpieczne jest stosowanie rzekomo nieproblematycznych rozwiązań podsuwanych nam przez mikroekonomistów. Przewidzenie efektu było w zasadzie niemożliwe. Jednak gdy norma ekonomiczna raz wyrugowała normę etyczną, przywrócenie tej drugiej było bardzo ciężkie. Nadal chcemy stawiać pomniki ekonomistom?

Stać nas na więcej

Nie chcę popadać w skrajności. Mój przesadny krytycyzm wobec mikroekonomistów jest podyktowany nieodpowiedzialną hagiografią Stodolaka. Wielu mikroekonomistom zajmującym się ekonomią eksperymentalną i neuroekonomią chcę oddać w tym miejscu sprawiedliwość: wykonują świetną robotę! Badacze ci na podstawie teorii gier, laboratoryjnych eksperymentów, dużych badań ankietowych, psychologii ewolucyjnej i badań neuronalnych pokazują, że przewidywania oparte na modelu homo oeconomicus się nie sprawdzają. Z ich badań wyłania się obraz ludzi gotowych do spontanicznej współpracy, moralistów gotowych wymierzać sprawiedliwość nawet wtedy, gdy sporo to ich kosztuje, ale również realistów, którzy nie będą bezwarunkowo dążyć do wymiany, kiedy nie mogą dyscyplinować kolegów. Jest to obraz z wieloma odcieniami szarości, którego nie da się streścić za pomocą prostych formułek w stylu „kalkulacja kosztów i strat”. Być może więc mikroekonomiści doczekają się jeszcze swojego miejsca na piedestale.