W poniedziałek, podobnie jak w czasie największego nasilenie kryzysu finansowego sprzed kilku lat, trudno było znaleźć segment rynku, który mógłby stanowić schronienie dla kapitału ewakuującego się z aktywów najbardziej ryzykownych. Po sięgających 2,5-2,7 proc. spadkach na głównych giełdach europejskich i znacznie mniejszej przecenie na Wall Street widać było niechęć do akcji. Uciekający kapitał nie przepływał jednak z pewnością do złota, które taniało o 2,5 proc., ani tym bardziej spadającego o ponad 5 proc. srebra. Rentowność najbardziej bezpiecznych obligacji, na przykład niemieckich, czy 30-letnich papierów amerykańskich, szła w górę jedynie minimalnie, nie sygnalizując zwiększonego popytu. Nie wyrywano sobie z rąk dolara, którego notowania także zwyżkowały nieznacznie.

W przypadku obligacji można było mówić o reakcjach niezbyt zrozumiałych. Przekraczającemu 10 proc. tąpnięciu indeksu giełdy moskiewskiej towarzyszył bowiem niewielki wzrost rentowności rosyjskich 10-latek, za to w przypadku obligacji szwajcarskich mieliśmy do czynienia z ponad 6 proc. skokiem. Do tego drożały mocno papiery włoskie, hiszpańskie i greckie, które od kilku dni były bezlitośnie wyprzedawane z uwagi na towarzyszące im ryzyko. Logiki  w zestawieniu wczorajszych ruchów obligacji Szwajcarii i Grecji nie widać, a nie wszystko przecież można zrzucić na karb wypaczających rynkowe reguły działań banków centralnych.

Powodów niepokoju na rynkach przybywa. Obserwując czasową zbieżność poniedziałkowego gwałtownego pogorszenia się sytuacji na giełdach z powrotem przeceny ropy naftowej, główny winowajca wciąż wydaje się ten sam. Ale to, co dzieje się z rublem i rosyjskimi akcjami, przywodzi na myśl coraz gorsze skojarzenia. A „w odwodzie” mamy przecież jeszcze Grecję, która wczoraj na chwilę przestała straszyć, po ubiegłotygodniowym 20 proc. pogromie. O dramatyzmie sytuacji w Rosji świadczy desperacka nocna decyzja o podwyżce stóp procentowych z 10,5 do 17 proc. Trudno przewidzieć, jak zostanie ona odebrana przez inwestorów. Kurs dolara skoczył w piątek o ponad 9 proc., z 57 do prawie 63 dolarów.
Dziś szansy dla byków można by upatrywać w korzystnych sygnałach makroekonomicznych, płynących ze wskaźników PMI. Po pierwsze, muszą one jednak zasygnalizować poprawę sytuacji. Po drugie, sądząc po wczorajszym zachowaniu Wall Street, nie ma gwarancji, że pozytywne sygnały będą wystarczające do powstrzymania wyprzedaży akcji. Skoro reakcją na największy od czterech lat wzrost amerykańskiej produkcji przemysłowej był sięgający 0,6 proc. spadek indeksów w Nowym Jorku, trudno się spodziewać euforii we Frankfurcie, nawet gdyby PMI niemieckiego przemysłu zdołał powrócić powyżej 50 punktów.

Seria publikacji rozpoczęła się od niemiłej niespodzianki. PMI dla przemysłu Chin spadł z 50 do 49,5 punktu, a spodziewano się zniżki do 49,8 punktu. Słabiej niż oczekiwano w górę poszedł PMI w Japonii. Na azjatyckich parkietach dominowała czerwień. Nikkei stracił 2 proc., podobnie jak indeksy w Indonezji, Tajlandii i Singapurze. Shanghai Composite zwyżkował początkowo o 1,5 proc., licząc pewnie na działania stymulacyjne chińskiego rządu i banku centralnego. Poranek przyniósł uspokojenie nastrojów na rynkach surowcowych i niewielkie zwyżki notowań, ale w poniedziałek handel także zaczął się „niewinnie”, a przez większą część dnia nic nie wskazywało na wieczorną przecenę. Kontrakty terminowe na indeksy zachowywały się neutralnie.

Roman Przasnyski, analityk niezależny