Ostatnie dni na rynkach mogły popsuć humory największym optymistom. S&P swobodnym lotem opadał w kierunku dołka z połowy września, a inwestorów nie wspierały ani dane makro, ani zaangażowanie werbalne przedstawicieli banków centralnych.

Zmieniło się to wczoraj, kiedy opublikowano lepsze od oczekiwanych dane o sprzedaży nowych domów w USA (najlepsze od sześciu lat). Do tego S&P dotarł wreszcie do dołka z połowy września, który pełnił teraz rolę ważnego wsparcia i – jak się okazało później – trampoliny. S&P zyskał bowiem wczoraj 0,8 proc., a marsz ten właściwie nie był powstrzymywany, zatem indeks ponownie znalazł się w okolicach 2 tys. pkt.

Inwestorom w Azji dane z USA i zachowanie S&P bardzo przypadły do gustu. Na pół godziny przed końcem notowań Nikkei zyskiwał 1,1 proc. (akcje wspierał słabnący jen oraz popyt na spółki dywidendowe). Indeks w Szanghaju zyskiwał w tym czasie 0,6 proc., Hang Seng oscylował w pobliżu zera.

Indeksy europejskie znaczną część wzrostu S&P zdyskontowały już wczoraj. Dziś za pretekst do dalszej zwyżki może służyć co najwyżej poranna wypowiedź szefa ECB – Mario Draghi zapewnił, że ECB jest gotów nadal wspierać wzrost gospodarczy. Ale to rynki już wiedzą, zatem być może rynkowy optymizm nieco oklapnie, ponieważ kontrakty na S&P nie wskazują na razie na możliwość kontynuacji zwyżek na Wall Street. Sporo do nadrobienia ma za to warszawski parkiet, który wczoraj wyróżnił się spadkami, które trudno usprawiedliwić czynnikami lokalnymi. Tym bardziej, że akurat wczoraj rentowność 10-letnich obligacji ponownie spadła poniżej 3 proc. i wygląda na to, że zaczyna się tam zadomawiać. W tym kontekście warto wspomnieć, że rentowność amerykańskich obligacji jest najwyższa od pół roku, a spread między polskimi i amerykańskimi 10-latkami spadł poniżej 50 pkt bazowych…

Emil Szweda