Indeksy europejskie skonsumowały nie tylko dobry (ale zgodny z oczekiwaniami) raport z amerykańskiego rynku pracy (218 tys. nowych miejsc pracy), ale też i większą część wzrostu S&P w reakcji na te dane. Niemniej, utrzymanie S&P na wysokich poziomach, bez widocznej presji podaży też jest sukcesem świadczącym o sile kupujących, która może udzielić się inwestorom w innych częściach świata.

Nikkei zyskał dziś 0,3 proc., po tym jak zrewidowano w górę dane o PKB za I kwartał – wzrost sięgnął 1,6 proc. kw./kw. wobec 1,4 proc. w pierwotnym odczycie, a w ujęciu annualizowanym 6,7 proc. (5,9 proc. pierwotnie). Większym zaskoczeniem były dane z Chin, których eksport wzrósł w maju o 7 proc. (oczekiwano 6,7 proc.) przy jednoczesnym spadku importu o 1,6 proc. (oczekiwano wzrostu o 6 proc.), co doprowadziło do pojawienia się największej od pięciu lat nadwyżki handlowej (bagatela 36 mld USD). Indeks w Szanhgaju zyskiwał skromne 0,1 proc., na pół godziny przed końcem notowań, natomiast Hang Seng rósł o 0,6 proc.

Inwestorzy w Europie dane z USA odczytują zapewne jako kolejny sygnał ożywienia amerykańskiej gospodarki, zaś dane z Chin jako dowód na poprawę kondycji globalnego handlu, którego Europa również jest częścią. Są to w każdym razie powody przemawiające za zakupami, nawet jeśli pamiętać o rekordowych wartościach indeksów. U nas dodatkowym czynnikiem jest umocnienie złotego i obligacji, co wskazuje na obecność inwestorów zagranicznych. WIG20 po piątkowej sesji znalazł się najwyżej od lutego, ale o wybiciu z już prawie trzyletniej konsolidacji wciąż mówić nie można.

Emil Szweda