Rynki finansowe już przyzwyczaiły się do tego, że czasami wiele zależy od tak zwanej „gry słów”. Po tym, jak w czerwcu ub.r. Ben Bernanke zaskoczył inwestorów informacją, że program QE3 zostanie zakończony w połowie 2014 r. (oczywiście przy spełnieniu danych warunków gospodarczych), byliśmy świadkami wyraźnego umocnienia się dolara, które trwało przez kilka tygodni.

Teraz podobna próba nakreślenia terminów padła ze strony Janet Yellen. To wygaszenie programu QE3 na jesieni, oraz pierwsza podwyżka stóp procentowych pół roku później. Problem jednak w tym, że ramy czasowe mogą okazać się dość płynne, gdyż wszystko zależy od tendencji w gospodarce, a te nie są nigdy pewne. Niemniej ostatnie publikacje (w tym wczorajsze dane nt. cotygodniowego bezrobocia, sprzedaży domów na rynku wtórnym, wskaźników wyprzedzających i indeksu Philly FED) były dobre. Tylko, że ich przełożenie na inflację (a przecież to będzie jeden z głównych czynników) jest trudno mierzalne. Tymczasem ostatnie dane PPI, czyli inflacji producenckiej okazały się niższe od prognoz. To może, choć nie musi przekładać się na wskaźniki cen konsumenckich (CPI).

Dzisiaj po południu i wieczorem głos zabiorą przedstawiciele FED. Charyzmatyczny, choć bez prawa głosu w FOMC w tym roku, James Bullard (wcześniej „gołąb”, a teraz coraz częściej uderzający w „jastrzębie” nuty) ma zaplanowane wystąpienie o godz. 16:45. Po godz. 18:45 agencje zaczną publikować słowa zdeklarowanego „jastrzębia” i głosującego w tym roku Richarda Fishera, który będzie przemawiał w Londynie. O godz. 21:30 głos zabierze jeszcze zdeklarowany „gołąb” Narayana Kocherlakota (mający w tym roku prawo głosu), a po północy zaplanowane zostało jeszcze wystąpienie Jeremy’ego Steina. Największy wpływ na rynki może mieć James Bullard. Jeżeli podkreśli, że inflacja wciąż pozostaje na dość niskim poziomie, to rynkom wystarczy to jako pretekst do wywołania korekty dolara, która przybierze charakter tzw. ruchu powrotnego, po którym jednak będzie kontynuowany rozpoczęty w środę wieczorem nowy, średnioterminowy trend na umocnienie amerykańskiej waluty. Czynnikiem, który może temu sprzyjać, będą publikowane w poniedziałek rano szacunkowe dane PMI z Chin i strefy euro. Nadal napięta pozostaje też sytuacja na Krymie, a rynki finansowe wciąż nie wyceniły scenariusza nałożenia naprawdę silnych sankcji gospodarczych na Rosję i ich reperkusji ze strony Moskwy na światową gospodarkę.

Dzisiejszy kalendarz danych nie obfituje w wiele publikacji. Poza wspomnianymi już wystąpieniami członków FED, uwagę przyciągną dane z Kanady. O godz. 13:30 poznamy inflację CPI za luty (szacunki oscylują wokół 0,6 proc. m/m i 0,9 proc. r/r), wraz ze wskaźnikami bazowymi CPI Core (oczekiwania 0,5 proc. m/m 1,1 proc. r/r). Po tym, jak kilka dni temu szef Banku Kanady przyznał, że I kwartał b.r. będzie dla gospodarki słaby i nie zamknął możliwości dalszego cięcia stóp procentowych, dzisiejsze dane mogą okazać się kluczowe dla dalszego kierunku notowań dolara kanadyjskiego. Inflacja zgodna, lub nawet lepsza z oczekiwaniami, może sprowokować do umocnienia tej waluty. Zwłaszcza, gdyby rynek otrzymał też lepsze dane nt. dynamiki sprzedaży detalicznej, która w styczniu mogła wynieść 0,7 proc. m/m po spadku o 1,8 proc. m/m w grudniu.

Marek Rogalski