W powszechnej opinii wczorajsze popołudniowe spadki na głównych europejskich parkietach i załamanie na Książęcej, to efekt przypływu obaw przed grudniowym posiedzeniem Fed, na którym może dojść do podjęcia decyzji o rozpoczęciu ograniczania skupu obligacji. Bardziej zagadkowy jest nagły zwrot indeksów naszych największych spółek w końcówce handlu. Wydawało się, że można go przypisać bardzo spokojnemu rozpoczęciu sesji na Wall Street. Amerykańscy inwestorzy robili wrażenie, jakby wcale się nie przejęli zagrożeniem ze strony rezerwy federalnej. To było w stanie poprawić nastroje w Warszawie. Przeciw tej tezie przemawia fakt, że podobnej poprawy nie zaobserwowano we Frankfurcie i Paryżu, gdzie indeksy traciły po 0,8-0,9 proc.

Być może więc powodów zarówno przeceny, jak i nagłego powrotu popytu na polskie akcje, należy szukać gdzie indziej. Bardzo prawdopodobne, że spadek spowodowany był oczekiwaniem na werdykt Komisji Europejskiej w sprawie nadmiernego deficytu budżetowego naszego kraju, a późniejsza zwyżka to efekt decyzji o przedłużeniu o rok terminu jego powrotu do poziomu 3 proc. To informacja istotna z punktu widzenia inwestorów zagranicznych. Mało kto zwrócił uwagę na to, że właśnie wczoraj tę między innymi kwestię omawiali unijni ministrowie finansów. Co prawda informacja o korzystnym dla nas rozstrzygnięciu pojawiła się w serwisach tuż po zakończeniu handlu, jednak inwestorom instytucjonalnym, w tym zagranicznym, była ona znana zapewne nieco wcześniej. Najbardziej dynamiczna faza końcowego wzrostu WIG20 i WIG30 miała miejsce właśnie w ostatnich kilkunastu minutach sesji. Za potwierdzeniem tej tezy przemawia również to, że optymizm w najmniejszym stopniu nie pojawił się w segmencie średnich firm. mWIG40 kończył dzień blisko minimum, o 1 proc. poniżej poniedziałkowego zamknięcia.

Wracając do kwestii przyszłości QE3, zachowanie większości rynków rzeczywiście wskazuje na to, że inwestorzy nie wierzą w ograniczenie tego programu już 18 grudnia, mimo dość jednoznacznych poniedziałkowych wypowiedzi kilku członków Fed. Giełdy w Paryżu i Frankfurcie stanowiły wczoraj wyjątek. Nie tylko inwestorzy z Wall Street nie popadają w złe nastroje, ale słabnie również dolar (od listopada stracił wobec euro o 3 proc.), a złoto i srebro podrożały wczoraj z takim impetem, jakby miało dojść do zwiększenia, a nie ograniczenia skupu obligacji. Trudno przyjąć, że gracze na tak wielu istotnych rynkach (głownie walutowym), zachowują się nieracjonalnie. Prawdopodobnie liczą na to, że redukcja skupu będzie raczej symboliczna, a towarzyszyć jej będą środki łagodzące, najpewniej w postaci obniżenia z 6,5 do 6 proc. poziomu stopy bezrobocia, przy której Fed rozpocząłby rzeczywiste zaostrzanie polityki pieniężnej, czyli podwyższył stopy procentowe.

Gdyby taki scenariusz się sprawdził, bardzo prawdopodobne byłoby pojawienie się na giełdach Świętego Mikołaja, co nie rozwiewałoby jednak obaw przed większą korektą w pierwszych miesiącach przyszłego roku. Przed dzisiejszą sesją wątpliwości pozostają. Skoro rzeczywiście nie ma strachu przed decyzją Fed, to można by liczyć na odreagowanie na europejskich parkietach i kontynuację dynamicznego odbicia na naszej giełdzie. Bykom powinna pomóc informacja o osiągnięciu przez specjalną komisję Kongresu kompromisu w sprawie amerykańskiego budżetu na dwa najbliższe lata. Kolejny paraliż Ameryce więc nie grozi, jeden z istotnych czynników ryzyka został usunięty, ale zaproponowane rozwiązania muszą być jeszcze uchwalone przez obie izby parlamentu. Osiągnięcie porozumienia sprzyja jednak decyzji Fed o ograniczeniu QE3. Rezerwa federalna na poprzednich posiedzeniach brała w swych decyzjach pod uwagę także kłopoty z budżetem i zadłużeniem.

Kontrakty na amerykańskie i europejskie indeksy optymizmu jednak nie sugerują, zniżkując rano po kilka setnych procent. Na giełdach azjatyckich także dominowały spadki. Na godzinę przed końcem handlu Nikkei tracił 0,6 proc., a endecy w Szanghaju zniżkowały po 1,8 proc.

Roman Przasnyski