4,7 proc. – to średnia stopa dywidendy dla całego polskiego rynku giełdowego, jaką policzyliśmy na podstawie zapowiedzi wypłat z ubiegłorocznego zysku spółek. To wskaźnik pokazujący, jaka byłaby rentowność inwestycji w akcje przy założeniu, że otrzyma się z nich dywidendę. Jak widać, giełda bije na głowę opłacalność inwestycji w obligacje detaliczne Skarbu Państwa (maksymalne odsetki to 4 proc. w pierwszym roku przy zakupie obligacji 10-letnich) i hurtowe (najwyższa rentowność to obecnie 3,43 proc. dla papierów 10-letnich). Stopa dywidendy jest też wyższa niż średnie oprocentowanie nowo zakładanych bankowych lokat (według ostatnich danych NBP za marzec było to średnio 3,2 proc.).

Spółki notowane na warszawskiej giełdzie są w tym roku wyjątkowo hojne. Dzielić się zyskami chce blisko setka z nich – i to jest rekord. Swoim akcjonariuszom – według szacunków niektórych analityków – wypłacą nawet 20 mld zł. Przy czym tuzy warszawskiej giełdy – czyli największe spółki z indeksu WIG20 – deklarują wypłatę około 12 mld zł. Finalna kwota nie jest jeszcze znana, bo część firm jest dopiero przed walnymi zgromadzeniami, na których zapadną ostateczne decyzje w sprawie dywidend.

Roman Przasnyski, analityk Open Finance, ocenia, że stosunkowo wysokie stopy dywidend powinny przyciągnąć na giełdę nowych inwestorów, którzy dziś zastanawiają się nad opłacalnością np. bankowych lokat. Rekordzista to czeska Fortuna, gdzie stopa dywidendy przekracza 16 proc. Ale w pierwszej trzydziestce jest aż sześć spółek wchodzących w skład indeksu WIG20, m.in. Telekomunikacja Polska (7,79 proc.), PZU (7 proc.) czy Bank Handlowy (6,13 proc.).

Spółki chcą się dzielić zyskami z kilku powodów. Pierwszy czynnik to słaba koniunktura w gospodarce, która zniechęca przedsiębiorców do inwestowania. – Z tego punktu widzenia hojność spółek ma raczej negatywny wydźwięk. Firmy mają pieniądze, ale wolą je wypłacić akcjonariuszom, niż sfinansować nimi swój rozwój. To nie najlepsza wiadomość, patrząc z perspektywy wzrostu gospodarczego – mówi Roman Przasnyski.

Druga przyczyna dywidendowej szczodrości to potrzeby budżetu państwa. Dotyczy to zwłaszcza dużych firm, w których udziały ma Skarb Państwa. Budżetowy plan na ten rok to pozyskanie 5 mld zł z dywidend. Z zapowiedzi samych spółek wynika, że państwowa kasa może liczyć – na razie – na 3,4 mld zł. Można więc zakładać, że przedstawiciele SP na walnych zgromadzeniach akcjonariuszy będą wnioskować o wyższe wypłaty z ubiegłorocznych zysków, a w spółkach, które do tej pory tego nie planowały, przegłosują dywidendę. Dotyczy to np. PGNiG.

O zyskowności kupowania akcji pod wypłatę dywidendy decyduje jeszcze jeden aspekt – akcje na giełdzie są tanie. WIG stracił od początku roku prawie 9 proc., WIG20 spadł w tym czasie o ponad 12 proc.

Łukasz Wróbel, analityk Noble Securities, zaleca jednak ostrożność w podejmowaniu decyzji o przeniesieniu pieniędzy z lokat na giełdę. Jak mówi, wszystko zależy od horyzontu inwestycji – czyli czasu, na jaki chcemy zainwestować pieniądze.

– Jeśli ma to trwać rok, dwa, to wątpię, czy w tym czasie giełda dobrze wypadnie w takim porównaniu – mówi. Dlaczego? Nikt nie daje gwarancji, że kurs akcji nadal nie będzie spadał. Inwestor mógłby w ten sposób stracić to, co zarobił na wypłacie dywidendy. Ale przede wszystkim spółkom będzie trudno powtórzyć w przyszłym roku tegoroczną wielkość wypłat dywidend. Bo szanse na duże zyski są mniejsze przez gospodarczą dekoniunkturę, jaką mamy w tym roku.

– Być może dlatego np. zagraniczni inwestorzy stoją z boku i nie kupują polskich akcji mimo bardzo wysokich stóp dywidend. Nie ma wątpliwości, że wyniki spółek będą w tym roku gorsze – ocenia Łukasz Wróbel.

Rekordziści to Fortuna (16 proc. stopy dywidendy czy PZU (7 proc.)