W środę rano indeksy europejskie silnie zwyżkowały, a część z nich znalazła się na szczytach trendu. Dobre nastroje nie utrzymały się jednak długo, jeszcze przed południem akcje zaczęły tanieć, w czym mogły pomóc dane o słabszej niż oczekiwano dynamice sprzedaży detalicznej w strefie euro, ale chyba przede wszystkim notowania kontraktów na S&P.

Wall Street faktycznie zaczęła dzień od spadków, przyczyniając się do ich pogłębienia na finiszu w Europie. Jednak dane z USA - wzrost zatrudnienia, wydajności, zamówień w przemyśle, ISM dla sektora usług - podpowiadały, że zniżka będzie miała ograniczony charakter, dlatego nawet na niektórych rynkach europejskich podciągano indeksy w ostatnich minutach. Również Amerykanie zreflektowali się, że przy mocnych danych z gospodarki i jednocześnie na samym początku ożywienia gospodarczego, nie ma powodów by pozbywać się akcji. Ostatecznie S&P zyskał 0,16 proc. wpisując się w dynamikę zmian indeksów w Europie, gdzie DAX i FTSE zyskały po 0,3 proc. Na Starym Kontynencie ponownie dała o sobie znać wiara w poprawę sytuacji rynków wschodzących - moskiewski RTS zyskał 1,8 proc. (najmocniejszy indeks w Europie), a WIG20 0,5 proc. (najwyżej od sierpnia 2011 r.).

Inwestorzy w Azji także nie mieli dziś ochoty na rozstrzygające decyzje. Indeks w Szanghaju spadł o 0,13 proc., a Seulu wzrósł w takim samym stopniu. O 0,8 proc. wzrósł Nikkei, gdzie partia liberalno-demokratyczna, typowana do zwycięstwa w wyborach parlamentarnych, które odbędą się za 10 dni, zapowiedziała, że mniejszą wagę przykładać będzie do inflacji, podniesie natomiast wydatki obronne. Jest to oczywiście zestaw wyborny dla rynku akcji w krótkim terminie.
Ponieważ notowania w USA zakończyły się lepiej niż się zaczęły, możemy być świadkami zwyżek na otwarciu w Europie, ale ich zasięg będzie zapewne ograniczony do wczorajszych maksimów. Inwestorzy będą oczekiwali nie tyle na decyzje Banku Anglii i ECB, co na wskazówki dotyczące ich polityki w przyszłym roku. Ale przede wszystkim liczy się kompromis w USA w sprawie rozwiązania fiskalnego klifu - przynajmniej w opinii zagranicznych komentatorów. Pewną wagę mogą mieć dane o zamówieniach w przemyśle Niemiec (12:00).

WIG20 dotarł do podnóża ogromnej czarnej świecy przypominającej o przecenie, która rozegrała się w sierpniu 2011 r., a która kosztowała indeks utratę ponad 200 pkt. Ten dystans nie łatwo będzie przebyć i możliwe, że po ostatnich sukcesach czeka nas przystanek dla nabrania sił.

Emil Szweda