Wczorajsza sesja na Starym Kontynencie przyniosła płytki oddech inwestorom, a indeksy podniosły się po dotkliwych stratach poniesionych dzień wcześniej. Jednak na większości rynków wzrosty nie utrzymały się do końca dnia. Kiedy tylko stało się jasne, że na Wall Street przecena będzie kontynuowana, indeksy w Europie błyskawicznie zmieniły kierunek. Ostrzeżenie niemieckiego ministra finansów o tym, że Grecja może nie dostać pomocy w przyszłym tygodniu było tylko medialnym wytłumaczeniem powrotu do spadków. Grecja dla globalnych rynków nie ma już znaczenia, a Niemcy swoją drogą starają się, żeby Grecy pamiętali, kto jest panem sytuacji.

S&P jest najniżej od trzech miesięcy, a od szczytu stracił już 6,6 proc. Wczoraj spadł o 1,2 proc., choć zaledwie dzień wcześniej doświadczył straty ponad 2 proc. Ewidentnie jakaś bariera w inwestorach pękła po wyborze Obamy na prezydenta, a autor wyrażenia klif fiskalny powinien je był zastrzec i pobierać centa za każde powtórzenie go w mediach. Po tym tygodniu byłby rentierem. Powoli obawy związane z automatycznym wzrostem podatków od stycznia zamieniają się w psychozę.

Niemniej, spadek S&P z ostatnich dni jest na tyle bolesny, że nie zabraknie chętnych do gry pod odbicie, choć do najbliższego wsparcia indeks ma jeszcze ok. 10 pkt.
W Chinach tymczasem opublikowano dziś rano dobre dane. Produkcja przemysłowa wzrosła o 9,6 proc., sprzedaż detaliczna o 14,5 proc., a inflacja konsumentów o 1,7 proc. - wszystko to są figury lepsze od oczekiwanych. Okazały się wystarczająco dobre, by indeks w Szanghaju prawie zbagatelizował Wall Street i stracił 0,1 proc.

Nieco bardziej sytuacją w Stanach przejmują się inwestorzy w Seulu i Tokio - Kospi stracił 0,5 proc., a Nikkei 0,9 proc.

W Europie możemy oczekiwać neutralnego startu. Co prawda S&P spadał mocniej jeszcze po zamknięciu wczoraj giełd na Starym Kontynencie, ale raczej będziemy mieli próbę zdyskontowania odbicia w USA niż płochliwą reakcję na kolejną słabą sesję na Wall Street. Dobrze by się złożyło, gdyby publikowane dziś rano dane o produkcji przemysłowej we Francji i Włoszech wsparły kupujących choć w małym stopniu. Oczywiście wszystko rozstrzygnie się w końcówce notowań, po otwarciu Wall Street. Trend nie jest jeszcze w tej fazie, by obawiać się pozostawać z akcjami na weekend, więc odbicie faktycznie może nadejść.

GPW, która wczoraj razem z parkietem w Budapeszcie nie poddała się globalnemu pesymizmowi, znajdzie się pod wpływem napływających już masowo raportów kwartalnych.

Emil Szweda