Źródłem wczorajszego - i przyznaję, że dla mnie nieoczekiwanego - optymizmu była wypowiedź niemieckiego ministra finansów, który powiedział, że wspólnie z Francją opracują nowe zasady dalszej integracji na płaszczyźnie fiskalnej i bankowej. Oczywiście pogłębienie integracji wydaje się znacznie lepszym sposobem na wyjście z kryzysu niż rozpad strefy euro na atomy i wdrażanie ochronnej polityki przez każdego z członków, ale czy wypowiedź Wolfganga Schaeuble rzeczywiście jest przełomowa?

Już prędzej stanowisko Francji, która jednak także nie opierała się propozycjom dalszej integracji. A póki nie są znane szczegóły porozumienia, którego uzgodnienie i przeprowadzenie przez wszystkie kraje członkowskie musi potrwać lata, rynki rozgrywają swoją partię. Drugą z przyczyn mogą być nadzieje na przełomowe deklaracje w Jackson Hole - dorocznym spotkaniu bankierów centralnych, na którym dwa lata temu Ben Bernanke zasygnalizował wdrożenie QE2.

W każdym razie Amerykanie tylko na moment podchwycili entuzjazm Europy. Do końca sesji zwyżki stopniały do zera. Rośnie świadomość, że przeprowadzenie QE3 mogłoby być bardzo ryzykowne - przy wysokich cenach żywności i paliw ich dalsze podbicie zagroziłoby inflacją, a przy słabej już obecnie konsumpcji, mogłoby to wywołać efekt odwrotny od zamierzonego. 

W Azji indeksy traciły we wtorek, w czym spory udział miał rząd Japonii, który obniżył oczekiwania wobec wydatków konsumenckich, produkcji i eksportu. Nikkei tracił 0,5 proc. na kwadrans przed końcem notowań (ale pół godziny wcześniej tracił 1 proc.). Kospi w tym samym czasie spadał o 0,1 proc., podczas gdy indeks giełdy w Szanghaju rósł o 1,2 proc., a w Hong Kongu o 0,2 proc.

W Europie możliwa jest realizacja zysków na początku notowań. Oczywiście nie dlatego, że rząd Japonii uświadomił wszystkim powagę sytuacji. Kiedy oficjele mówią o kryzysie, najczęściej jego przezwyciężenie jest już bliskie. Rynki zdyskontowały perspektywy Japonii, czy globalnej gospodarki, na wiele miesięcy przed tym, zanim jakikolwiek rząd przygotował nowe prognozy wolniejszego wzrostu. Za główną przyczynę domniemanej słabości Europy uznałbym fakt, że DAX dotarł niemal do szczytu intraday z czwartku, za którym do pokonania ma lukę bessy, a wczorajszej zwyżce towarzyszyły skromne obroty. Plus wypowiedź przedstawiciela ECB w Bundesbanku, który zapewnił, że działania ECB będą mieścić się mandacie banku centralnego. 

Jeśli chodzi o WIG20, to właściwie nic się nie zmieniło, indeks konsoliduje się w wąskim zakresie (2260-2290 pkt) od czterech sesji i czeka na poważniejszy ruch na rozwiniętych rynkach. Warto odnotować, że swoją wczorajszą - relatywną - słabość GPW dzieliła z parkietem w Moskwie i Tallinnie (ale już nie z Budapesztem). Region znów odcina się od rynków zachodnich.

Emil Szweda