Atrakcji rzeczywiście wiele nie było, ale powodów do zastanowienia już nie brakowało. Głowić się można bowiem było nad słabością krajowego rynku, który ignorował zewnętrzny optymizm i z uporem maniaka tworzył swój własny prospadkowy scenariusz. 

O poranku notowania prezentowały się zgoła odmienne. Neutralne otwarcie wykorzystane było przez lokalnych byków do lekkiego podciągnięcia indeksu krajowych blue chipów, co czyniono nawet bez zewnętrznej pomocy. Była to prosta kontynuacja siły widocznej na GPW już od minionego czwartku i realizacja pisanego wcześniej prowzrostowego scenariusza. Sił na wiele jednak nie wystarczyło i niedługo po publikacji jedynych dzisiaj danych rozpoczął się spadek cen.

Sama zniżka z opublikowanymi danymi nie miała wiele wspólnego, gdyż te same informacje na rynkach zagranicznych nie przeszkodziły we wzrostach. Chodziło o indeks Ifo, który spadł czwarty miesiąc z rzędu i to bardziej od prognoz. Zniżka o 1 pkt z poziomu 103,2 pkt, choć większa od oczekiwań, nie była bowiem na tyle duża by wzmóc obawy o kondycję największej gospodarki strefy euro, a mogła przyczynić się do spekulacji, że Niemcy w obliczu słabnącej koniunktury będą bardziej skłonni do pobudzania gospodarki. Tym samym rynki wróciły do wciąż żywej i niesłabnącej gry pod możliwe działania stymulujące banków centralnych, które światło dzienne mają ujrzeć już we wrześniu. 

Rynek w Niemczech czy we Francji wznosił się na ciągle żywych spekulacjach, które światło dzienne ujrzały jeszcze w piątek. Chodziło o program stabilizacji rentowności obligacji peryferyjnych państw, który ma zaprezentować EBC oraz list prezesa Fed, w którym twierdził on, że pole manewru do dalszego wsparcia gospodarki USA mechanizmami monetarnymi jest jeszcze znaczne. Dzisiaj znany gołąb z chicagowskiego oddziału Rezerwy Federalnej, Charles Evans, po raz kolejny powiedział, że po drugiej stronie Atlantyku gospodarka wymaga wsparcia przy pomocy dalszego luzowania polityki monetarnej. Ów szef oddziału regionalnego Fedu nie uczestniczy aktualnie w głosowaniu nad ewentualnymi zmianami parametrów polityki amerykańskiego banku centralnego, ale wspierająco na ceny mógł zadziałać.

Na krajowym parkiecie takimi czynnikami mogły zostać lekko lepsze od prognoz wyniki Asseco oraz zbliżająca się wielkimi krokami dywidenda PZU oraz publikacja wyników tej spółki. Okazało się jednak, że żaden z tych teoretycznie pozytywnych czynników nie zadziałał. Akcje Asseco zyskiwały na wartości jedynie początkowo, a w przypadku PZU bardziej liczyła się perspektywa sprzedaży akcji tej spółki przez Skarb Państwa niż odcięcie już jutro praw do sowitej dywidendy. Ostatecznie więc krajowy rynek poszedł swoją własną ścieżką, która mimo zwyżek we Frankfurcie czy Paryżu oznaczała lekkie spadki.

Towarzyszył nim nikły obrót, więc zniżki nie mają większego znaczenia i trzeba je traktować z przymrużeniem oka. Tym niemniej potwierdzają one tezę, że Warszawa sama z siebie słabo generuje impulsy wzrostowe i w większości są one udziałem inwestorów zagranicznych, których dzisiaj na parkiecie po prostu brakowało. 

Łukasz Bugaj