Jeżeli myślisz, Drogi Czytelniku, że przeczytasz dalej, co na ten temat myśleć, to ostrzegam. Nie dowiesz się. I wcale nie będzie łatwo połapać się w pajęczynie antysmogowych zależności. Nie Ty jeden zresztą. W pierwszych chwilach – gdy Ministerstwo Energii odsłoniło karty i przedstawiło swoje nowe propozycje dla norm jakości węgla – dosłownie nikt nie wiedział, co mówić, a nawet co myśleć. W nieoficjalnych rozmowach szamotali się i zaprzeczali sobie wszyscy: decydenci zaangażowani w prace nad rozporządzeniem, górnicy, a także aktywiści z alarmów smogowych.

Ci pierwsi najpierw mówili o przegranej walce o bardziej restrykcyjne normy. Później zapowiadali, że jeszcze nie wszystko stracone i nie składają broni. Ci drudzy wpierw ostrzegali, że zaczną protestować, jeśli tylko cokolwiek w projekcie się zmieni. Ale choć ostatecznie tak się stało – bo w końcu wprowadzono termin, po którym najgorszy węgiel ma zniknąć z rynku, to zamiast wyjść na ulice, zaczęli się nieoficjalnie przechwalać, że „udało się im zatrzymać rozporządzenie”. A o protestach już nie mówią. W totalnym amoku poruszali się również aktywiści i ekolodzy. Schizofrenicznie rzucali się w wątpliwościach: chwalić rząd za jednoznaczne wprowadzenie terminu czy krytykować, że nastąpi on tak późno? Mówić o kroku wprzód czy o straconych latach i podkreślać, że według pierwotnych zapowiedzi premiera porządek na rynku najgorszego węgla planowano na 2017 r?

Kto więc ostatecznie wygrał? Za tym, że triumfy powinno święcić Ministerstwo Energii, przemawia chociażby to, że resort zapewnił spokój branży i zagwarantował 10 tys. sprzedawców węgla rynek zbytu jeszcze na najbliższe dwa sezony. A może sukces otrąbić powinien jednak rządowy obóz antysmogowy, czyli minister przedsiębiorczości i technologii Jadwiga Emilewicz i Piotr Woźny, pełnomocnik rządu ds. czystego powietrza? W końcu zahamowali oni zapędy resortu energii, który na wstępie chciał najgorszy węgiel sklasyfikować, opisać, ale wcale nie wycofywać. A już na pewno nie „tak szybko”. Powody do zadowolenia mogą mieć też ekolodzy. Bo co sami przyznają, jeszcze trzy lata temu – gdy smog pozostawał lokalnym problemem – nikt nie brał ich postulatów na poważnie. A teraz udało się im realnie wywrzeć nacisk na rząd. A może po prostu wygraliśmy wszyscy?