Gdy zadebiutowała w 2009 r., uznano ją za ciekawostkę, zabawę ekscentrycznych programistów komputerowych. Potem, gdy jej kurs poszybował w górę, zaczęła uchodzić za świetną inwestycję. Gdy spadł, uznano, że to kolejna bańka spekulacyjna, która posłużyła komuś do szybkiego dorobienia się kosztem naiwnych. Wróżono, że świat o niej wkrótce zapomni – i że podobny los spotka inne, oparte na podobnej technologii, wynalazki.

Tymczasem bitcoin – kryptowaluta wymyślona przez fascynatów programowania i pieniądza – nie chce odejść w zapomnienie. Ma już do 10 mln użytkowników i liczba ta rośnie. Oznacza to, że coraz więcej osób uznaje posługiwanie się kryptowalutami (ich różnych rodzajów jest już ponad 100) za wygodniejsze i bezpieczniejsze niż pieniędzmi dostarczanymi przez rząd.

I chociaż jeszcze dwa, trzy lata temu teorie głoszące, że kryptowaluty wyeliminują konieczność istnienia narodowego pieniądza, zbywano śmiechem, to teraz – a dokładnie 29 września tego roku – weszły one do mainstreamu. Stało się to za sprawą Christine Lagarde, szefowej Międzynarodowego Funduszu Walutowego, która na specjalnej konferencji Banku Anglii doceniła w swojej przemowie rewolucyjny potencjał wirtualnego pieniądza.

– Nie jest jeszcze realnym wyzwaniem dla obecnego porządku, papierowego pieniądza i banków centralnych, ale gdy zostaną usunięte jego wady, stanie się nim – sugerowała. Jej zdaniem eksperci niewierzący w taką możliwość przypominają te mądre głowy z lat 80., które nie wierzyły w upowszechnienie się komputerów domowych.

Młot na pośredników

Nie ma wśród was nikogo, kto o bitcoinie nie słyszał, prawda? Ale czy wiecie, jak ta waluta działa? Wątpliwe. Podobnie ma się sytuacja ze zwykłym pieniądzem. Każdy go używa, lecz niewielu wie, skąd się bierze i jak działa system pieniężny.

Bitcoin to najpopularniejsza z kryptowalut, czyli walut, których fundamentem jest specjalny kod elektroniczny. Liczba bitcoinów jest odgórnie ograniczona i nie może przekroczyć 21 mln, a każda podzielona jest na 100 mln mniejszych – nazwanych satoshi. Działanie kryptowalut oparte jest na technologii blockchain. To rejestr, do którego dopisywana jest każda transakcja. Dostęp do niego ma każdy i jest on gwarantem przejrzystości i uczciwości systemu. Żeby dana transakcja została do blockchainu dopisana, musi zostać zaakceptowana przez „górników”, czyli osoby zajmujące się wykopywaniem bitcoinów. Kopanie polega na dostarczaniu przez nich do sieci bitcoin mocy obliczeniowej, pozwalającej na jej funkcjonowanie. Dotąd wykopano już niemal 17 mln bitcoinów, a wykopanie kolejnych wymaga coraz większej mocy (sposób, w jaki bitcoin jest wykopywany, przedstawiliśmy na infografice w Magazynie DGP z 13 grudnia 2013 r. – red.).

Jak wyjaśnia Janusz Zieliński w jednym z artykułów na portalu Bithub.pl, żeby używać bitcoinów, wystarczy zainstalować na komputerze odpowiedni program albo skorzystać z usług portali, które pozwalają na utworzenie osobistego portfela bitcoin. – (...) Użytkownik posiada powiązane ze sobą dwa klucze: publiczny i prywatny. Adres portfela bitcoin generowany jest z klucza publicznego, a do autoryzacji transakcji wymagany jest klucz prywatny. (...) Gdy Alice chce przelać bitcoiny Bobowi, dodaje do nich klucz publiczny Boba oraz podpis własnego klucza prywatnego. Kolejny krok to ogłoszenie transakcji w sieci. Kiedy sieć uzna, że cyfrowe podpisy i liczba bitmonet są poprawne, przelew zostanie zaakceptowany. Ostatnim etapem transakcji jest dodanie informacji o niej do bloku, który już na zawsze zostanie przypisany do Blockchaina – tłumaczy Zieliński. Za bitcoiny można kupić już właściwie wszystko – artykuły spożywcze, auta, nieruchomości, a nawet bilety lotnicze (wystarczy zgłosić się do internetowego brokera).

Korzystanie z kryptowalut jest szybkie, bezpieczne i nie generuje dodatkowych kosztów. Nie płacimy prowizji, nie kosztuje nas przewalutowanie. Prawdziwie rewolucyjną ich cechą jest zaś to, że czynią one zbędnymi (potencjalnie) nie tylko waluty tradycyjne, lecz także banki centralne czy w ogóle banki (a na pewno marginalizują ich znaczenie). Dlaczego? Kryptowaluty funkcjonują bez pośredników, bo gwarantem są inni użytkownicy sieci. Kryptowaluty dają więc prawdziwą finansową niezależność.

Nie chodzi o tę niezależność, którą obiecują nam różni guru, coachowie i mentorzy – oni rozumieją pod tym pojęciem szybkie dorobienie się statusu rentiera i wyprowadzkę na Kajmany. Taka definicja nie uwzględnia tego, że nawet gdy już mamy na koncie miliony, to właśnie... są one na koncie. W banku. W instytucji, która koniec końców zależy od banku centralnego. A ten od polityków. Wyobraźmy sobie, że do władzy dochodzi geniusz, który chce od każdego miliona pobierać 90-procentowy podatek. Wystarczy, że ustanowi odpowiednie prawo i bank będzie musiał przelać do budżetu twoje pieniądze. Z bitcoinem to nie przejdzie, a na pewno będzie o niebo trudniejsze.

Centralnie sterowana porażka

Zatem kryptowaluty to po prostu ucieczka przed wszędobylskimi łapskami państwa?

Tylko częściowo. Coraz większa liczba futurologów, speców od nowych technologii i ekonomistów uważa, że kryptowaluty to naturalna odpowiedź rynku na niewydolność systemu pieniężnego, który zaprojektowano po II wojnie światowej. Oparty jest on na emisji pustego pieniądza przez banki centralne, a potem multiplikowaniu go przez rozdające na lewo i prawo kredyty banki komercyjne. System sztucznego kredytu, którego związek z oszczędnościami jest tylko symboliczny, oznacza niestabilną gospodarkę i powracające kryzysy, które uderzają najmocniej w biedniejszą część społeczeństwa. Bogaci zawsze sobie jakoś radzą – np. wyłudzając od podatników pakiety ratunkowe dla banków i firm, jak to miało miejsce w trakcie ostatniego kryzysu. Dodatkowo jest to system inflacyjny – w interesie rządu jest drukowanie pieniędzy, by łatwiej było spłacać mu własne długi. Wartość zwykłego pieniądza z czasem spada, gdy tymczasem wartość bitcoina ze względu na immanentnie ograniczoną podaż z czasem rośnie.

Zdaniem George’a Selgina, ekonomisty z Cato Institute, obecny system, w którym cena pieniądza jest odgórnie ustalana za pomocą m.in. stóp procentowych, to zwykły socjalizm. Co samo z siebie czyni pierwotny cel, który towarzyszył powstaniu banków centralnych – eliminację kryzysów – nierealistycznym. – Przeanalizowałem dane i badania w tym zakresie, oddzielając gospodarki, w których ustanowiono bankowość centralną relatywnie wcześnie, od tych, gdzie zrobiono to później. W pierwszej grupie, do której zaliczają się m.in. Anglia i Stany Zjednoczone, kryzysy występowały często. W drugiej, a tu są m.in. Szkocja i Kanada, znacznie rzadziej. Zestawienie Anglii i Szkocji jest wymowne. W Anglii bank centralny utworzono w 1694 r. i od tamtej pory mieliśmy do czynienia z centralizacją systemu bankowego, a w Szkocji bankowość nie była regulowana i centralizowana aż do 1844 r. Różnica w częstotliwości kryzysów na korzyść Szkocji jest porażająca. Podobne efekty daje porównanie USA i Kanady. W USA bank centralny istnieje od 1913 r., wcześniej zaś istniały już bardzo mocne centralne regulacje bankowe. W Kanadzie dopiero od 1935 r., a mimo to udało się jej uniknąć sporych kryzysów – tłumaczy Selgin.

Z innych badań wynika, że po 1973 r. (od momentu gdy w wyniku całkowitego zerwania ze standardem złota, pieniądz stał się całkowicie pusty) częstotliwość występowania kryzysów podwoiła się w porównaniu z okresem obowiązywania powojennego systemu Bretton Woods i z okresem, gdy obowiązywał klasyczny standard złota.

Profesor Selgin uważa, że kryptowaluty mogłyby być użyteczne przy tworzeniu nowego systemu finansowego – takiego, w którym bankowość centralna nie odgrywa już znaczącej roli, a banki radzą sobie same. Byłby to system tzw. wolnej bankowości, w którym banki poddane byłyby zwykłej konkurencji rynkowej. Miałyby one prawo ustalać takie rezerwy, jakie im się podobają, a przede wszystkim miałyby prawo emitować własne waluty, których pokryciem byłyby różnego rodzaju aktywa. Banki mogłyby więc drukować pieniądz, którego pokrycie stanowiłyby właśnie kryptowaluty takie jak bitcoin. Możliwych scenariuszy jest sporo, a Selgin zapewnia, że prowadziłyby w sumie do lepszego wyniku gospodarczego niż pozostanie przy obecnym nieefektywnym status quo.

Strachy Obamy

Jak na rozwój kryptowalut zareagują światowe rządy? Są trzy możliwe scenariusze – zakażą ich używania, zaadaptują je na własny użytek albo pogodzą się z ich istnieniem i oddadzą ludziom władzę nad pieniądzem, dokonując jego faktycznej denacjonalizacji.

Czy pierwszy scenariusz jest możliwy? Politycy boją się kryptowalut z dokładnie tych samych powodów, z których podobają się one ich użytkownikom, a więc ze względu na gwarantowane przez nie niezależność i bezpieczeństwo. W praktyce dla rządu oznacza to np. trudności w zbieraniu danin podatkowych. Niezwykle szczerze mówił o tym Barack Obama, gdy był jeszcze prezydentem USA. – Jeśli można stworzyć urządzenie finansowe tak mocno zabezpieczone, że nie ma do niego wcale żadnego dostępu, to jakimi mechanizmami dysponuje rząd, by dokonywać chociażby tak prostych rzeczy jak pobór podatków? Takie urządzenie oznacza, że każdy będzie miał w kieszeni prywatne konto w szwajcarskim banku – ubolewał w jednym z wywiadów.

Niektóre państwa już ograniczają rozwój kryptowalut. Chiny nakazały zakończenie działalności wszystkich działającym tam giełd kryptowalutowych. Wciąż można wirtualnych walut w tym kraju używać, ale nie można już nimi spekulować i wprowadzać nowych na rynek. Całkowity zakaz używania kryptowalut wprowadzono w Boliwii, Ekwadorze, Kirgistanie i Bangladeszu. W krajach rozwiniętych na razie nie zdecydowano się na takie kroki i jeśli ktoś w nich walczy z kryptowalutami, to raczej zakulisowo.

Profesor William Luther, ekonomista z Kenyon College, uważa, że rządy, gdyby tylko naprawdę chciały, mogłyby efektywnie zniechęcić ludzi do używania kryptowalut i skutecznie sabotować ich rozwój. „Rząd może narzucić preferowany przez siebie środek wymiany przez kształtowanie przekonań obywateli, politykę transakcyjną oraz przez karanie ludzi za używanie alternatyw. Karząc ich, obniża korzyści z używania kryptowalut, a więc obniża na nie popyt. Nikt nie będzie ryzykował kupowania mleka za pomocą bitcoinów, jeśli będzie groziło to karą. Prywatność nie jest dla ludzi aż taką wartością” – pisze Luther w tekście „Czy rząd może zniszczyć bitocoin?”. Luther jest świadomy, że wcale nie jest tak łatwo karać użytkowników bitcoinów z tej prostej przyczyny, że nie za bardzo wiadomo, jak ich namierzyć – anonimowość to jedna z głównych zalet takiej waluty.

Owszem, mówi Luther, nie jest to łatwe, ale nie jest też niemożliwe. „Nawet jeśli dysponujemy doskonale anonimowym systemem płatności, to wiele transakcji ujawni w końcu naszą tożsamość. Gdy kupujesz jakieś dobro bądź usługę za pomocą bitcoinów, musisz je jakoś odebrać. I to jest moment, gdy stajesz się podatny na wykrycie. Właśnie w ten sposób policja namierza osoby, które za pomocą bitcoinów handlują nielegalnymi towarami, np. narkotykami” – zauważa ekonomista. Problem w tym, że gdyby rządy chciały całkowicie wyeliminować użycie kryptowalut przez ich delegalizację, musiałyby uznać wszystkich użytkowników internetu za potencjalnych przestępców i poddać ich nieustannej kontroli. To byłoby bardzo kosztowne i przypominałoby walkę z aplikacjami typu Uber. Można ich zakazać, owszem, ale tylko rutynowe i masowe kontrole mogą ten zakaz uskutecznić w długim terminie. W przypadku kryptowalut, ze względu na globalną skalę ich użycia i to, że nikt nie nosi na czole wytatuowanego symbolu bitcoin, kontrola taka musiałaby przybrać wręcz totalitarny charakter i musiałaby być prowadzona jednocześnie przez najpotężniejsze rządy świata.

Na razie – na szczęście – na tego typu totalitaryzm się nie zanosi.

Przenikliwa Lagarde

Rządy będą próbowały raczej na różne sposoby kryptowaluty oswoić. Tu wracamy do przemówienia Lagarde. Zauważa ona, że cyfrowa gospodarka, „gospodarka dzielenia się”, w końcu zniesie ekonomiczne znaczenie granic państwowych, czyniąc korzystanie z narodowych walut zupełnie niepraktycznym. – Cztery dolary za porady na temat ogrodnictwa od kobiety z Nowej Zelandii, trzy euro za profesjonalne tłumaczenie japońskiego wiersza i 80 pensów za wirtualne odwzorowanie historycznej londyńskiej ulicy Fleet Street. Obecnie takie transakcje, jeśli mają charakter transgraniczny, są relatywnie drogie. Pewnego dnia obywatele będą wybierać wirtualne waluty, bo będzie to łatwiejsze i mniej kosztowne – zauważa Lagarde.

Zdaniem szefowej MFW w przyszłości może dojść do rozczłonkowania czy też rozdrobnienia usług bankowych. – W naszych elektronicznych portfelach będziemy mieć tylko minimalną ilość pieniędzy, a reszta będzie przechowywana na rachunkach funduszy powierniczych albo inwestowana w społecznościowe platformy pożyczkowe. Niektórzy twierdzą, że sytuacja, w której spadnie liczba depozytów bankowych, a pieniądz popłynie do gospodarki nowymi kanałami, stawia pod znakiem zapytania nasz obecny model rezerwy cząstkowej (taki, w którym bank ma w swoich rezerwach tylko część wartości wszystkich depozytów – aut.) – mówi Lagarde.

Co wobec tego powinny zrobić osoby odpowiedzialne za system pieniężny? Czy – pyta Lagarde – banki centralne będą mogły wciąż oddziaływać na ceny aktywów tak jak obecnie, np. za pomocą operacji otwartego rynku, czyli zakupu bądź sprzedaży papierów wartościowych i bonów? Ekonomistka nie daje tutaj jednoznacznej odpowiedzi. Rzuca jedynie hasła.

Lagarde proponuje, by zwiększyć liczbę instytucji, z którymi banki centralne współpracują, tak żeby obejmowała także firmy tworzące nową gospodarkę i by zrozumieć, że w cyfrowym świecie chodzi bardziej o punktowe i spontaniczne aktywności ekonomiczne, a nie ich podmioty. Przykład: firmy oferujące usługi płatnicze bez konieczności otwierania w nich rachunku. Jak je uregulować, żeby ich nie zniszczyć? To zdaniem Lagarde wymaga odpowiedzi. Żeby poradzić sobie z wyzwaniami stawianymi przez nowe technologie, Lagarde nawołuje do „dialogu między politykami, inwestorami, rządami i fintechem”. Przekonuje: – Stawka, o którą walczymy, jest wysoka, nie chcemy dziur w globalnym systemie pieniężnym.

Czy ktoś jej nawoływań posłucha? Owszem. O MFW można mieć różne opinie (ja mam dość krytyczną), ale jest to jedna z najważniejszych instytucji finansowych świata, jeden z filarów systemu, w którym pieniądz tworzony jest za pomocą magicznej formuły „Fiat!” („Niech się stanie!”). Jeśli szefowa MFW twierdzi, że politycy muszą się do zmian technologicznych dostosować, nie mówi tego sobie a muzom, ale prezentuje publicznie to, co prawdopodobnie jest już na serio omawiane w kuluarach.

Dalej jeszcze od Lagarde w swoich sugestiach idzie Kenneth Rogoff, profesor Harvardu znany m.in. z prac nad długiem publicznym. Ekonomista uważa, że kryptowaluty są czymś, co rząd w końcu przejmie na własny użytek. Jego zdaniem taki los spotykał wszystkie innowacje finansowe powstałe w sektorze prywatnym.

Sektor prywatny wymyślił standaryzowane monety, gwarantujące wagę i rodzaj metalu użytego do ich produkcji. Rząd ten wynalazek przejął. Prywaciarze wynaleźli banknoty. Rząd także je przejął. Tak samo będzie z walutami cyfrowymi – przekonuje Rogoff. I Lagarde zresztą dopuszcza taki scenariusz: – Jeśli prywatne waluty pozostaną niestabilne, jak obecnie, możliwe, że obywatele zwrócą się do banków centralnych o wyemitowanie cyfrowego środka płatniczego – uważa.

Lepiej nie robić nic

Jeffrey Tucker, amerykański ekonomista i szef portalu Liberty.me, przekonuje, że stworzenie przez rząd własnej kryptowaluty jest niemożliwe. – Popatrzmy na to, co robią banki, próbując integrować technologię blockchain z własnymi systemami. Wydają na to miliony dolarów i zatrudniają zespoły specjalistów. To bardzo trudny, długotrwały i kosztowny proces, a przecież chodzi o zaadaptowanie na własny użytek czegoś, co już istnieje. Ewentualne stworzenie nowej kryptowaluty przez rząd będzie jeszcze cięższe i jeszcze bardziej kosztowne. Najtrudniejsze jest przekonanie ludzi, że warto byłoby jej używać. Spójrzmy na genezę bitcoina, który początkowo nie miał żadnej wartości. Jego kurs wzrósł, bo zaczęto dostrzegać korzyści płynące z jego używania. Czy ludzie dostrzegą plusy z posiadania rządowej kryptowaluty? Czy rząd może pozwolić sobie na eksperyment z walutą, której przyszłość jest niepewna? Nie. Jak więc nada jej wartość? Dekretem? Moim zdaniem to niemożliwe – przekonuje Tucker w jednym z wywiadów i przypomina, że siłą kryptowalut jest właśnie to, że nie potrzebują zewnętrznego gwaranta w postaci rządu. O tym Lagarde i Rogoff zapominają.

Z tego jednak, że stworzenie na bazie kryptowalut zupełnie nowej waluty narodowej może być niemożliwe, nie wynika, że nowe technologie pieniężne są dla rządu całkowicie bezużyteczne. Profesor Alistair Milne z brytyjskiego Loughborough University w pracy „Kryptowaluty z perspektywy szkoły austriackiej” zauważa na przykład, że przeszczepienie blockchainu do istniejącego systemu bankowego może znacząco zwiększyć jego bezpieczeństwo, zmniejszyć konieczność wspierania komercyjnych banków przez bank centralny i ograniczyć nadmierną ekspansję monetarną przy jednoczesnym zachowaniu elastyczności podaży pieniądza i kredytu.

Magazyn DGP

Magazyn DGP

źródło: DGP

Milne tłumaczy, że dzięki blockchainowi transakcje zamiast w bankowych bilansach mogłyby być zapisywane w bilansach zewnętrznego i wspólnego dla wszystkich instytucji rejestru. „To byłoby rozwiązanie prostsze niż mechanizmy płatności, które wyewoluowały w ciągu ostatnich dwóch wieków. Gdyby jakiś bank upadł, klienci wciąż mieliby niezakłócony dostęp do swoich pieniędzy. Zwiększyłoby to zaufanie do systemu. Nie rozważano dotąd takich rozwiązań, bo nie było technologii i stworzenie rejestru wymagałoby powołania kolejnej centralnej instytucji. Tymczasem obecnie może on funkcjonować w zdecentralizowanej formule i w oparciu o »małe kontrakty« automatycznie zapewniające realizację zobowiązań uczestników rynku” – pisze Milne. Nawet jeśli te postulaty są sensowne, to ich realizacja wymaga gruntownego przemodelowania obecnego systemu. Bo co do tego, że prosty abordaż nowych technologii typu blockchain przez państwo jest niemożliwy, zgadza się większość ekspertów.

Co się stanie, gdy i politycy to zrozumieją? Fundamentalna zmiana systemu oznaczałaby nie tylko porażkę ekonomicznych technokratów i redukcję etatów w bankach centralnych, lecz także ograniczenie wpływu polityków na gospodarkę, który ci chcą zachować ze względów wyborczych. Co więcej, zarówno system wolnej bankowości proponowany przez prof. Selgina, jak i wykorzystanie technologii blockchain, które proponuje prof. Milne, uderzyłyby po kieszeni potężne lobby bankierów, zmuszając ich do realnej walki o klienta, a ci przecież nauczyli się robić łatwe fortuny w finansowym bagienku, które mamy teraz.

Jedno jest pewne, rządy coś będą musiały z kryptowalutami zrobić, jeśli chcą zachować wpływ na świat pieniądza. Jednak z punktu widzenia dobrobytu zwykłego człowieka jedyne, co powinny zrobić, to pozwolić kryptowalutom w niezakłócony sposób się rozwijać. Jak zauważał ekonomista i matematyk John Nash, bohater filmu „Piękny umysł”, w eseju „Idealny pieniądz”, „dobra międzynarodowa waluta może pojawić się znacznie wcześniej, niż zostanie za takową uznana oficjalnie”. Dajmy jej więc w spokoju wyewoluować.